Blog

Znowu koniec lata

Niestandardowe tegoroczne lato przeleciało mi niezauważenie.

Od puszczenia mrozu na wiosnę ziemia wciąż przesiąknięta wodą tak, że każda kropla deszczu musi spłynąć ku rzece lub wyparować. Mieliśmy wiele słonecznych dni ale też regularne deszcze przeszkadzające w zbiorach. Niższe łąki chlupoczą, rowy pełne. Do tygodnia wstecz powietrze gęste od wilgoci jak w jakiejś dżungli.
W sierpniu – corocznie rozgwieżdżone niebo pełne „spadających gwiazd” – było mętne jak nigdy przedtem. W połowie miesiąca bociany zwinęły się jak na komendę ku Afryce.
Zieleń bujna jak w Irlandii ale wiele drzew choruje z powodu zalanych korzeni lub rozmaitych grzybic.
Hałda opału zimą ściągniętego z łęgów zamiast wyschnąć przez lato stopniowo zamienia się w mokre próchno.
Dopiero ostatnie burze i wichury, łamiąc po drodze setki starych sosen, świerków, jesionów i klonów oczyściły powietrze.

Dziwi mnie niemal całkowity brak komarów, much i niewielka ilość ciem. Właściwie było ich trochę tylko na przełomie czerwca i lipca. Dzięki temu nasi najmłodsi goście mogli cieszyć wylegiwaniem na dworzu pod opieką Ragi zamiast gnieździć sie pod siatkami moskitier.

Zupełnie nie pamiętam też chrabąszczy majowych. W ostatnich dniach zaczęło się „babie lato” – niezwykły spektakl milionów tłustych krzyżaków wędrujących z wiatrem na pajęczynowych latawcach i rozpinających swoje hi-tech pułapki między źdźbłami wysokich traw i gałęziami młodniaków, gdzie czyhają na nieostrożne owady. Ich siatki pokryte z rana brylancikami rosy jawią się najsubtelniejszą możliwą biżuterią, a nie zabójczym narzędziem podstępnej owadziej zbrodni. Wydaje mi się, że tych milionów pająków jest jednak mniej niż zazwyczaj.
Może ten owadzi nieurodzaj to zasługa ptaków, których mieliśmy wyjątkowo dużo tego roku. Najpierw szpaki i pliszki, a później wiele jaskółek zdecydowało się nawet na drugi miot. Najmłodsze młode właśnie doskonalą swoje umiejętności lotnicze, a starsze gromadzą się na drutach energetycznych.

Kolejna noc z rzędu poniżej pięciu stopni Celsjusza. Wczoraj po raz pierwszy od wiosny rozpaliłem w piecu żeby ogrzać dom. Niepokoję się o zapas suchego drewna.

Wieczorem rozpoczęło się rykowisko ale jakoś mniej efektownie niż rok temu. Bez żadnego wrażenia grozy. Ot, takie jelenie wypociny. Może dalej któryś napnie się bardziej i zasłuży na miejsce w historii. A jeleń ma na to dwa rodzaje szans: być mistrzem rykowiska, a w konsekwencji skutecznie się bzyknąć lub oddać poroże do przyozdobienia ściany w domu z tradycjami, gdzie przez pokolenia będą opowiadać jakim okazał się jeleniem…

Nadeszło lato Danusiu

Skąd wiadomo, że nadeszło lato? Jak je rozpoznać? Czy są jakieś nieomylne wskazówki?

Ktoś może powiedzieć, że przecież wystarczy zajrzeć do kalendarza i już wiadomo. A właściwie, to nawet zaglądać nie trzeba bo przecież każdy normalny człowiek wie jaką mamy dziś datę (przynajmniej mniej więcej). Nawet w głupich filmach można znaleźć taką scenę kiedy budzącego się do przytomności osobnika wypytują – właśnie dla sprawdzenia stopnia tej przytomności – „jaki dzień dzisiaj mamy”.

Szacunkowo co trzeci wykształcony osobnik łapie, że lato zaczyna się gdzieś w okolicach 21-23 czerwca i trwa trzy miesiące. Takiemu z doktoratem kołacze się w głowie jeszcze jakieś przesilenie, równonoc – bez szczegółów, bo to nie jego dziedzina przecież. Pozostałych dwóch na trzech wykształconych sądzi, że początek lata następuje po prostu w noc świętojańską.
Ci co studiują nauki społeczne pamiętają jeszcze, że mają z tym związek co najmniej Świtezianka czy Marzanna (któraś się utopiła czy ją utopiono … no jakoś tak…) albo świetliki czy spadające gwiazdy (tyle tego było, że nie sposób zapamiętać, a zresztą po co – przecież zawsze można sprawdzić w internecie). Nie wiem czemu ale nigdy ci po zajęciach z kulturoznawstwa w Internecie nie sprawdzają.
W rzeczywistości większość z tego jest prawdą jedynie mniej więcej, a w dodatku odnosi się do lata „astronomicznego” i to z zastrzeżeniem do półkuli północnej, i jeszcze w dodatku do strefy klimatu umiarkowanego. No może z wyłączeniem Marzanny, która ma związek raczej z zimą lub wiosną, Świtezianki, która ma związek z polskim systemem edukacji, a świetliki i spadające gwiazdy mogą zostać bo mają dużo wdzięku i właściwie nie wprowadzają w błąd nawet jeśli wolą uprawiać aktywność kiedy indziej. Czyli nawet ta prawda „mniej więcej” nie odnosi się ani do większej części ludzkości ani większej części świata przyrody. Może nic w tym dziwnego jako, że część filozofów uważa, że prawda nie istnieje (można sprawdzić w Internecie).
Lato klimatyczne niewiele ma wspólnego z kalendarzem. Jest definiowane przez średnie dobowe temperatury powietrza przekraczające 15 stopni Celsjusza. Wynika z tego, że dziś mamy lato a za tydzień „nielato” (mazurska trzydniówka z 8 stopniami w nocy i 17 w dzień czyli przybliżając – średniodobowo 12,5 – zdecydowanie nielato). Ciekawym kto z Was uśrednia sobie dobowe temperatury dla upewnienia się jaką ma porę roku (no i wie ile pomiarów, o jakich godzinach, na jakiej wysokości od gruntu itd. wykonać aby wskaźnik był poprawny)?

Widać zatem, że temat wbrew początkowemu pozorowi nie jest banalny. Mogę jednak pomóc krótkim instruktarzem. Obserwuj otoczenie i jeśli przynajmniej dwa z poniższych wskaźników wystąpią, to nadeszło lato.

1. Jeszcze dwa tygodnie temu szpaki zachowywały się jak na zdjęciu poniżej ale już tego nie robią

2. Na łąkach widzisz coraz więcej tajemniczych walców

3. Twoje psy szukają cienia zamiast wygrzewać się w słońcu

4. Masz nieodpartą potrzebę obdarowywania bliskich zebranymi na skraju lasu poziomkami albo dostajesz je w prezencie (np. nanizane jak szaszłyk na źdźbło trawy)

Postanowiłem zająć się tym tematem na wspomnienie uszczypliwej uwagi dawnej przyjaciółki. Wyznała mi swojego czasu, że dzięki temu blogowi orientuje się w zmianach pór roku, których z perspektywy korporacyjnego życia w Warszawie nie dostrzega na czas.

“Może być gorzej” – czyli zdecydowanie lepiej

Joanna wczoraj przesłała mi wiadomość z odwołaniem do kawałka serwisu gazety.pl i tytułem „może być gorzej”. Już chciałem skasować maila sądząc, że na końcu „linku” przytłoczy mnie coś katastroficznego, depresjogennego, a co najmniej nonsensownego w stylu apelu o zaprzestanie w Azjii hodowli małych kotków w butelkach po sake albo coś w rodzaju wezwania o podpisanie dodatkowej listy poparcia dla Prezesa Kaczyńskiego. Ponieważ jednak nadawca w moich oczach jest osobą wiarygodną i tylko trochę szaloną, kliknąłem od niechcenia w odnośnik. Gdy przeczytałem, zaraz w pierwszym odruchu zareagowałem paniką, że rzeczywiście „może być gorzej”. Rzecz bowiem dotyczyła tematu ważnego dla mnie od lat i dotykającego wielu moich emocji.
Chodzi o rozczarowanie. Ale nie byle jakie. Rozczarowanie wieloaspektowe, głębokie i wstydliwe zarazem. Rozczarowanie możliwością dobrego współżycia z naturą. Rozczarowanie Państwem, które nie chroni nas przed dzikimi zwierzakami-szkodnikami przebranymi za łagodne i pożyteczne stworzonka. Rozczarowanie samym sobą. Bezradność i upokorzenie związane z tak drastyczną zmianą poglądów na możliwość pokojowego współistnienia z innym, genetycznie pokrewnym bytem (aż strach pomyśleć co by było w sytuacji kontaktu z obcą cywilizacją).

O co chodzi? Już tłumaczę.
Kilkanaście lat temu, gdy wybieraliśmy teren, na którym dziś stoją Stare Brzozy byłem szczególnie dumny z dziewiczości tego miejsca. Dziewiczości będącej tak naprawdę efektem powojennych zbrodni i wysiedleń na terenie Mazur, kilku dekad zaniedbania rolniczego i bezludnego sąsiedztwa z dawnymi poligonami rakietowymi.
Pamiętam jak pierwszej jesieni wraz z Zarządcą „PGR w likwidacji” obchodziliśmy granice i w wielu miejscach nawet wysokie gumiaki były zbyt krótkie aby dotrzeć sucha stopą do znaczników geodezyjnych – kopców i kamieni. Pan Z. ze znajomością rzeczy objaśnił mi, że to wszystko przez te pieprzone zwierzaki, których on osobiście nienawidzi bardziej nawet niż Balcerowicza. Ponieważ Balcerowicz wydawał mi się zbawieniem dla Polski, to automatycznie zakładałem, że zarządca ma równie nieadekwatną ocenę tych pieprzonych zwierzaków tzn. tajemniczych i pięknych zwierząt. Sądziłem wówczas, że to bardzo pożyteczne i rzadkie stworzenia – przecież one same i wszelkie ich budowle są pod ścisłą ochroną, a w dodatku zawsze były hołubione przez naszych królów. Gdy wróciłem do Warszawy wszystkim w koło opowiadałem z dumną i podekscytowaniem, że na naszej ziemi „mamy nawet własne bobry”.

W następnym roku dostałem ostre w tonie pismo z powiatu, że zostanę ukarany grzywną jeśli nie udrożnię swojego granicznego rowu melioracyjnego, który w rzeczywistości jest wielokilometrową strugą wypływającą z jakiegoś jeziora i w wyniku zatkania się na wysokości naszej granicy woda zalewa setki hektarów łąk w górnym biegu strugi. Natychmiast zająłem się sprawą. Wizja lokalna pokazała, że nie tylko wielkie połacie cudzych łąk są pod wodą ale nasze także. Przyczyną są bobrowe budowle prawem chronione. Jako typowemu miejskiemu matołkowi wydało mi się to cudowne! Mają po czym brodzić żurawie i czaple, mają którędy spławiać drzewo bobry, a może nawet chroniony żółw błotny sobie tam popływa. I wydra też niejedna! Odpisałem więc Powiatowi jak jest i ostrzegłem, że jeśli Powiat naruszy tamę kochanych przecież przez nas wszystkich bobrów, to Powiat nie wyjdzie z sądu, a może i z więzienia, bo będę go skarżyć do końca istnienia wolnego państwa polskiego lub mojej śmierci i – jeśli o mnie chodzi – to niech bobry zalewają co potrzebują, bo to ekosystem przecież i odnowa wód gruntowych. Powiat zamilkł w tej sprawie na zawsze ale ktoś niezidentyfikowany – ku mojemu oburzeniu takim barbarzyństwem – tamę rozwalił, a żeremia spalił.
Ponieważ chcieliśmy jakoś zadbać o tę kupioną ziemię, której skali miejskimi mózgami nie ogarnialiśmy oddaliśmy ją w dzierżawę. Kolejni dzierżawcy przez lata twierdzili, że nic tam nie da się zrobić, bo te pieprzone bobry… „A wogle za pare lat to już lasu nie będziecie mieli, całego jego te diabli wezmom”…. Na Mazurach nie ma „głodu ziemi”, a i tak nie chcieliśmy żyć z rolnictwa więc było nam właściwie wszystko jedno. Tylko ta mroczna przepowiednia na temat lasu zakiełkowała w moim sercu i zaczęła rozrastać się protestem i lękiem. Las bowiem piękny i dziki, wielka w nim różnorodność roślin i zwierząt, a drzewa rosną w nim z mozołem od II Wojny.
Jednocześnie przez lata zastanawialiśmy się, w którym miejscu kiedyś posadowimy nasz dom. Dla mnie było oczywiste, że tu gdzie stoi on dziś. Ale Joanna uporczywie protestowała – „nie chcę mieszkać na bagnach”. To słowo „bagno” długo odczuwałem jako osobisty afront. Przecież to naturalne łąki zalewowe o niepowtarzalnym pięknie, a nie „bagno”. Z początku wydawało mi się, że 1-2 hektary suchego wzniesienia otoczonego bobrzymi rozlewiskami to dość do życia dla ludzi. Można przecież współegzystować pokojowo. Myślałem tak nawet wtedy, gdy niemal utopiłem swój terenowy samochód na rozmiękłej grobli.

Z roku na rok coraz bardziej niepokoił mnie jednak los wielkich brzóz – gnijących i padających pokotem całymi tuzinami każdej wiosny i jesieni. A czasem i latem. Bobry lubią bowiem kwietniową korę buzującą od soków, a jesienią gromadzą w żeremiach gałązki jako zapas zimowy. Jak wiadomo te podobno pożyteczne istoty zazwyczaj nie łażą po drzewach. Żeby dostać się do gałązek albo obrać drzewo z kory po prostu je fachowo podgryzają, a wiatr kończy dzieło. Jeśli brzoza rosła krócej niż 40 lat po prostu ścinają ją jak siekierą nie czekając na obce siły przyrody. W dodatku wiele drzew bobry mordują masowo topiąc ich korzenie. Niestety z bobrzego terenu nie da się nawet usunąć tego co pozostało po kulinarnych wyczynach tych niedoszłych chasydzkich czapek – nie wjedziesz ani traktorem ani wozem nawet (chyba, że zaprzęgniesz łosie).

100513_bobrowisko_001_small

W Internecie można przeczytać interesujące androny jak „współżyć z bobrami dla dobra środowiska”. Pomysły z pakowaniem drzew w metalowe siatki lub płaty blachy falistej, smarowanie kory specjalnymi maściami, montowanie wielometrowych rur drenażowych w tamach aby kontrolować poziom zalewów itp.
Zacząłem od drenaży. Spore koszta i wiele pracy. Te miłe i pożyteczne podobno zwierzęta neutralizowały takie systemy obniżania poziomu zalewów w ciągu kilku godzin szczelnie oblepiając drenaże błotem. Rura która jest moją budowlą (w przeciwieństwie do tamy będącej budowlą chronioną) dziesiątki razy była mozolnie oczyszczana. Za każdym razem w nocy bobry znajdowały czas i energię aby ją szczelnie przykryć, a później obudować patyczkami i wykorzystać jako stabilny element swojej własnej budowli. Ja czyszczę, a one budują coraz okazalej. I tak w kółko miesiącami. Brzozy padają. Świerki też. Nawet i olchy.
W drugiej kolejności była faza obsadzania drzew trującym bluszczem i eksperymentalnego smarowania maściami na bazie skoncentrowanego chili i innych okropności. Informuję tu, że mazurskie bobry lubią sałatkę z bluszczu okraszoną dowolnie ostrą papryką.
Siatek i blachy nie stosowałem ale widziałem to nad górną Narwią, gdzie bobry wycinają wszystko po horyzont łącznie ze stuletnimi dębami rosnącymi na wysokich skarpach na rynkach miasteczek. Zazwyczaj rada miejska decyduje się tak chronić miejscowe pomniki przyrody. Tam też zacząłem podejrzewać, że te pieprzone zwierzaki potrafią posługiwać się drabinami – widziałem bowiem korę poobgryzaną na wysokości mojej twarzy tuż nad blaszanym opakowaniem starożytnego jesionu.
Wyobraźcie sobie las tysięcy gnijących od korzeni drzew opakowanych w rdzewiejącą blachę…

Któregoś dnia wreszcie – niemal ze łzami w oczach (łzami bezradności i upokorzenia) – poprosiłem sąsiada-dzierżawcę aby w swoim własnym imieniu wystąpił do leśniczego, Powiatu, Województwa i wszędzie gdzie się da o ochronę naszego lasu przed tymi pieprzonymi szkodnikami (wciąż mam w pamięci moje groźne pismo do Powiatu w ochronie bobrów). Leśniczy ze stoickim spokojem orzekł, że „jak już cały las wytną to się przeniosą bo samymi łąkami nie wyżyją”. Powiat oświadczył, że nie może ich nigdzie skutecznie przenieść, ponieważ cała okolica w promieniu dziesiątek kilometrów jest „nasycona bobrami bo tu jest jedno z kilku głównych miejsc dawnej reintrodukcji tego gatunku do Polski” . Województwo tak wyceniło szkody, że sąsiad-dzierżawca uznał, że następnym razem nie opłaca mu się jechać do miasta – na ropę nie starczy. Pomysł aby Wydział Środowiska zamiast płacić grosze odszkodowawczo sadził na prywatnym terenie las w miejsce utraconego okazał się niewykonalny.

Ostatecznie dzięki odtworzeniu pruskiej melioracji terenu i „objechaniu” bobrowych łęgów fosą mieszkamy na pięknych łąkach, a nie w bobrowych zalewach. Walka o stare drzewa jest jednak przegrana i nie zmieni tego sadzenie co roku tysiącami młodych brzóz, olch i świerków. Przecież nie mamy już szans zobaczyć je za naszego życia w całej okazałości.

100513_bobrowisko_006_small

No dobrze, ale o co chodzi z tym mailem o temacie „może być gorzej”? Gazeta doniosła, że w Kanadzie właśnie przez przypadek odkryto największą znaną na świecie bobrzą tamę. Ktoś analizując zmiany klimatyczne zobaczył ją na zdjęciu satelitarnym. Tama ma 850 m długości a jej szerokość czyli grubość, w niektórych miejscach przekracza 100 m. Inżynieryjnie jest porównywalna z największymi budowlami elektrowni wodnych. Zalane są prawdopodobnie tysiące hektarów. Z pewnością była budowana przez dziesiątki pokoleń tych miłych zwierzątek.
Moim zdaniem temat maila Joanny powinien brzmieć: „może być zdecydowanie lepiej”.
Kanadyjczycy odkryli tamę „przez przypadek”! I to jest moim zdaniem właściwa lokalizacja do „współistnienia z bobrami dla dobra środowiska” – miejsce gdzie w nowoczesnym kraju o rozwiniętej gospodarce nie zauważa się latami czegoś o skali sporego fragmentu Muru Chińskiego. Właśnie niech TAM sobie mieszkają.

22 maja 2010 fala powodziowa przerwała kolejne wały w Świniarach na Mazowszu. Podobno w dużym stopniu odpowiedzialne są nasze miłe bobry, które drążą w wałach niewidoczne sieci tuneli. Oczywiście bobry twierdzą, że ludzie są głupi (zarówno samorządowcy jak i inwestorzy) budując na terenach zalewowych i utrzymując nadmierną w związku z tym sieć wałów zamiast zostawić bobrom poldery, a wały budować w dużej odległości od rzek (i bobrów).
Moim zdaniem zwierzaki mają rację ale jeśli już głupi ludzie zainwestowali miliardy w osiedlanie się blisko cieków wodnych, to na terenach gęsto zaludnionych ochrona bobrów i ich “budowli” powinna zostać zawieszona lub zlikwidowana. Jednocześnie pewnie warto stanowczo powstrzymać dalsze osiedlanie się na obszarach naturalnie zalewowych, a najlepiej z krytycznych lokalizacji (jak zabudowany przez kretynów polder pod Wrocławiem) przesiedlić ludność na stałe.

Zdjęcia z werandy

Nasi goście lubią robić zdjęcia, a nasza weranda nadaje się do tego bardzo dobrze. Można popijać kawę czy wino i od czasu do czasu coś pstryknąć:

a to dzieci bawią się w szałas
100501_goscie_008_small

100501_goscie_011_small

… a to ćma ukryta w trawie
100501_cma_005_small

… a to nornik pracowicie zanosi ziarenka pęczaku do swojego podziemnego domku
100501_nornik_004_small

… nieznany ptaszek złapany w obiektyw okazuje się dzierzbą czarnoczelną – niezbyt częstym gościem na tej długości geograficznej
100501_dzierzba_czarnoczelna_001_small

… cyklista pod lasem jak z obrazów Modzelewskiego
100501_goscie_005_small

… spłoszona sarnia rodzina
100501_sarny_003_small

… żuraw polujący w skupieniu
100501_zuraw_004_small

… goście bawiący się rozmową
100501_goscie_004_small

i wreszcie nasz mało rozgarnięty bociani kawaler podczas przekąski.
100501_bocian_001_small

Medialna histeria

Z zasady nie piszę tu o WYDARZENIACH. Wesołowski blog dotyczy mojej lokalnej, wiejskiej egzystencji i lokalnie rodzących się wrażeń oraz myśli. Tym razem w świat osadzony między sosnami, brzozami, olchami i małą rzeką wdarła się Ogólnonarodowa Tragedia.
Długo w noc czytałem jakąś mało poważna książkę. Sobota, więc odsypiałem niespiesznie. Obudził mnie telefon od brata.
- „Katastrofa samolotowa w drodze na uroczystości w Katyniu! Prezydent Kaczyński i 131 innych osób nie żyją!”
- „Żart?”
- „Nie żaden żart. Włącz telewizor.”
- „Nie mam telewizora. Jestem w Starych Brzozach.”
- „To włącz radio”.

Radio mam. I Internet. Kilka wstrząsających informacji powtarzanych w kółko. Jeszcze niewiele wiadomo. Ale pewne, że „Lech Kaczyński z małżonką, prezes NBP, posłowie, biskupi, generalicja… nikt nie ocalał”. Kwadrans po kwadransie dochodzą nowe fakty. A właściwie nowe fakty medialne.
Jakiś ekspert wypowiada się w sprawie przyczyn katastrofy – „Za wcześnie na ostateczne podsumowania ale już można powiedzieć, że to albo błąd pilota albo problem techniczny z przestarzałym samolotem rządowym albo zła pogoda”. Z tej wypowiedzi rozumiem, że ekspert wyklucza zamach terrorystyczny lub zestrzelenie samolotu przez KGB. Sądzę, że rozsądnie.
Były prezydent RP – Wałęsa – zaczyna snuć paralele między tym zdarzeniem, a wydarzeniami sprzed 70 lat i nazywa katastrofę „drugim Katyniem”. Zaczynam czegoś nie rozumieć. Co jest wspólnego między planowym kilkudziesięciotysięcznym ludobójstwem dokonanym z myślą o zagładzie rzeczywistych elit narodu w celu likwidacji jego tożsamości narodowej i zdolności organizacji państwowości, a wypadkiem samolotowym, w którym ginie kilkudziesięciu polityków i działaczy społecznych?
Słyszę nagle, ze zdumieniem, że jakiś reporter opowiada o swojej szansie zawodowej… .
Pojawiają się pierwsze listy tych którzy lecieli z Prezydentem. To chyba nie 132 osoby, a raczej osiemdziesiąt kilka. Tak czy inaczej: Prezydent z Pierwszą Damą, Posłowie, Senatorowie, Prezesi i Przedstawiciele, Generałowie, Hierarchowie Kościoła… . Tragedia dla Polski, dla narodu. Ktoś się pyta: „co stanie się z naszym krajem?, jak teraz będzie wyglądać Polska?”. Nagle dociera do mnie, że nikt nie mówi o śmierci w tej katastrofie tzw „zwykłych ludzi”. Przecież musieli być tam też jacyś ZWYKLI LUDZIE. Jakaś stewardesa, ochroniarz, pilot, może sekretarka, której nazwiska nie czytamy w gazetach. Może nie są powszechnie znani ale tragicznie zmarli w tym samym wypadku. Zupełnie na tych samych zasadach co Pan Prezydent, Eminencja Ks Biskup i Generał. Nikt się nimi nie zajmuje. Tak dalece są medialnie obojętni, że po kilku godzinach – w końcu okazuje się – że nikt nawet nie liczył ich śmierci. Bo ostatecznie to nie osiemdziesiąt kilka ale dziewięćdziesiąt kilka osób zginęło. Niesamowite, ale wciąż nie słyszę o jednostkowym ludzkim wymiarze tego co się stało. Bo przecież nawet Prezydent był człowiekiem, który ma matkę, brata, córkę, jakichś pozazawodowych znajomych. Był CZŁOWIEKIEM. Eminencja Biskup człowiekiem był również. Ktoś, gdzieś jest w szoku, płacze, boi się, nie wie co teraz będzie z jego życiem bo stracił BLISKĄ OSOBĘ. Nie Prezydenta, Prezesa tego czy owego, Szefa Sztabu Generalnego czy Hierarchę.

Ogłoszono żałobę narodową.
Ktoś formułuje twierdzenie jakoby „właśnie zginęła cała elita intelektualna Polski”. Paradoksalnie kilkadziesiąt sekund później odbieram telefon od znajomej studentki humanistycznych studiów zaocznych z wiadomością, że z powodu żałoby narodowej odwołano zajęcia we wszystkich szkołach wyższych. Znowu odnoszę wrażenie, że czegoś nie łapię. Zginęła „cała elita intelektualna” to przestajemy kształcić nową elitę, czy po prostu już nie ma komu kształcić bo wszyscy zginęli? Ale przecież w hymnie RP śpiewamy frazę: „Jeszcze Polska nie zginęła póki MY żyjemy”.
Kolejny były Prezydent snuje przed mikrofonem opowieść, z której wynika, że nie sposób pozbyć się myśli, że cały wypadek ma wymiar mistyczny, a Las Katyński to przeklęte dla Polaków miejsce, gdzie nawet ptaki nie śpiewają…
Premier publicznie wypowiada przekonanie, że wypadek pod Smoleńskiem „to największa tragedia współczesnego świata”. W chwilę później reflektuje się na tyle żeby dodać, że chodzi mu o czas pokoju. Ciekawym co na to ludzie, którzy mieli bliskich 11 września w WTC, co na to inni ludzie, którzy przeżyli tsunami tracąc swoje rodziny i przyjaciół, co na to miliony ludzi w obozach dla uchodźców czasu pokoju – w nocy śniących sceny masakr, a w dzień cierpiących beznadzieję, głód, pragnienie, choroby i bezsensowną śmierć własnych dzieci, co na to inni – doświadczeni przez handlarzy żywym towarem, co na to polskie rodziny tracące w wypadkach samochodowych na polskich drogach co miesiąc ponad setkę bliskich?
Jakiś publicysta formułuje oryginalną myśl, że Katastrofa Katyńska być może jest Zamysłem Boskim przez który Prawda o Katyniu (tym z 1940 r) stanie się powszechnie znana dla Świata. I w pewnym niedopowiedzeniu – dziewięćdziesiąt trupów jest swoistą ofiarą niezbędną dla tego wyższego dobra…
Uzyskuję już pewność, że nasz lokalny świat medialny kompletnie oszalał.

Marszałek Komorowski w orędziu do narodu spokojnie i bezpretensjonalnie mówi nie tylko o ogłoszonej żałobie narodowej, przejęciu obowiązków Prezydenta RP ale w kilku słowach też o ludzkim i indywidualnym wymiarze. Powiew normalności.

Wracam do Warszawy.
Tysiące ludzi na ulicach przeżywają jakiś rodzaj patriotycznej wspólnoty. Zapalają znicze, wykładają kwiaty, wywieszają flagi z kirem. Z radia – obok odczucia „rozpaczy i tragedii” – zaczyna płynąć współczucie i smutek. Ktoś mówi: „państwo polskie sobie poradzi ale ten ból bliskich ofiar katastrofy…”.

Nie identyfikuję, się z poczuciem tragedii narodowej, choć wiem, że czeka nas małe zawirowanie polityczne. Z pewnością nie wierzę w utratę „polskich elit intelektualnych” – mam nadzieję i przekonanie, że mamy w Polsce takie elity nie kilkudziesięcioosobowe, a przynajmniej kilkudziesięciotysięczne. Doceniam wielką indywidualność i doświadczenie wielu zmarłych dziś osób ale byłoby naprawdę źle gdyby Państwo i Naród opierały się na nich jak na filarach, bez których cały gmach się zawala.
Prywatnie znałem dwie osoby, które zginęły w wypadku pod Smoleńskiem. Niezbyt blisko ale nie są dla mnie anonimowe. Z jedną z nich uczestniczyłem kilka miesięcy temu w pogrzebie matki i stypie, a z drugą widywaliśmy się na tangowym parkiecie w Złotej Milondze. Szczerze żal mi ich bliskich i nich samych. Byli ważni przede wszystkim przez to jacy byli prywatnie. Mieli też swoje plany, marzenia, pragnienia, których już nie będzie dalszego ciągu…

Piętno łowcy

Żurawie na dobre już zagościły na naszych łąkach. Niestety jak zwykle są bardzo płochliwe. Sto pięćdziesiąt do stu metrów – jeśli jesteś ostrożny – jeszcze zniosą. Krok bliżej nieodmiennie powoduje start tych popielatych olbrzymów.

100316_zurawie04zoomsmall

Nisko zatoczony łuk i zniknięcie między kępami olch.

100316_zurawie05zoomsmall

Ciekawe, że żurawie dużo mniej obawiają się obecności i poszczekiwania naszych dużych psów. Czworonogi są przez nie obserwowane ale mogą podejść nawet dwukrotnie bliżej niż ludzie.
Nie sądzę aby dziś nasz gatunek zagrażał tym pięknym ptakom inaczej niż przez odbieranie im siedlisk. Widać jednak, że wciąż nosimy na twarzach odwieczne piętno łowcy.

Klekot

Wreszcie ciepło i słonecznie. Co prawda w lokalnej faunie nie widać jeszcze oznak budzącej się wiosny. Nawet najmniejsza trawka nie wzeszła, żaden pączek nie pękł.

Szpaki jednak dostały absolutnego kręćka. Latają całymi hordami przekrzykując się wzajemnie, gwiżdżą, gulgoczą, walczą o budki lęgowe, włażą pod dachówki sprawdzając czy tam nie będzie dobrego domku dla szpacząt. Całe batalie rozgrywają się o szczyt ganku, w którego zdobnym wycięciu jest miejsce na prawdziwy apartament. Niewiarygodny rwetes od samego świtu. Ponieważ jeszcze niewiele mają do jedzenia, wysypuję im oleiste ziarna i suszone żurawiny (co prawda nie pierwszej świeżości). Jeden spryciarz – szczególnie uzdolniony do naśladownictwa dźwięków – od czasu do czasu krzyczy głosem jastrzębia płosząc całą czeredę. Wówczas przez krótką chwilę opycha się samotnie najlepszymi kęskami. W tym wszystkim jeszcze pliszki ze swoim nierównym, jakby przerywanym lotem i nerwowym potrząsaniem kuperkami oraz meteory innych ptaszków. W tle basowy dźwięk rojów much cyklicznie przykucających na nasłonecznionych fragmentach muru i w popłochu startujących w reakcji na zbyt blisko przelatujące ptaki. W koło latają też nieporadnie pierwsze w tym roku „cytrynki”.

Stoję sobie oparty o nagrzaną ścianę drewutni i z prawdziwą przyjemnością chłonę to wszystko. Aż tu nieoczekiwanie słyszę dobrze znajomy klekot. Niby skądś blisko ale nie wiem nawet w którą patrzeć stronę bo charakterystyczny suchy dźwięk odbija się od ścian lasu i domu. Wypatruję bezskutecznie. Nie mogłem jednak się pomylić. Gdzieś w pobliżu pojawił się pierwszy tegoroczny bociek. Z nadzieją zerkam na naszą piękną platformę. Niestety nie jest zajęta.
Pół godziny później przejeżdżając przez Głuch widzę już gdzie ptaszysko planuje zamieszkać. Jak zwykle najbardziej atrakcyjna lokalizacja to gniazdo tuż koło szosy i mostku na Omulwi wśród plątaniny drutów energetycznych średniego napięcia. Moim zdaniem beznadzieja i kompletny brak bocianiego gustu…
100325_bocian

Wreszcie Pani Zima odeszła

Dla mnie prawdziwym sygnałem końca zimy nie jest topnienie śniegów, ciepłe plamy słońca, w których wylegują się psy, pierwszy rój much grzejących się na południowej ścianie domu. Nie chodzi też o śpiew skowronka, pogwizdywania i gulgotania szpaków czy gonitwy zajęcy. Oczywiście wszystkie te zjawiska są jakimś zwiastunem wiosny. Ale skowronki z byle powodu potrafią z powrotem odlecieć na kilka tygodni, szpaki tak już przystosowały się do polskiego klimatu, że czasami nawet zimują w miastach gdzie trochę cieplej i łatwiej o żywność, muchy natomiast są głupie jak dzbanek i budzą się falami na każdy, nawet chwilowy wzrost temperatury aby za chwilę wytracić resztki przednówkowej energii i zginąć z zimna.
Prawdziwym objawem, że zima odeszła jest powrót żurawi. Żuraw to ogromny, ciężki ptak potrzebujący mnóstwo żywności. Zazwyczaj jedna para żeruje na około stu hektarach. To główny powód systematycznego zmniejszania się populacji tych pięknych ptaków w całej Europie – no bo kolejne podmokłe tereny są osuszane, a rzeki regulowane. Na przednówku wygrzebuje jedzenie z mokrej ziemi w łęgach, na zalanych łąkach i na torfowiskach. Nie ma wówczas jeszcze owadów na wierzchu, a większość dostępnych na roślinach nasion już jest zjedzona zimą przez ptaki i norniki. Czasem żuraw złapie jakąś polną myszkę. Tylko tak może się wyżywić, a więc warunkiem jest tu dostatecznie dużo rozmarzniętego gruntu i bum prokreacyjny gryzoni.

100326_zurawie02zoomsmall

Dziś rano po raz pierwszy w tym roku słyszałem żurawie. Choć dwa tygodnie później niż w 2009 roku, to jednak wreszcie Pani Zima odeszła.

Penne z krewetkami na przyssawkach i peperoncino

Pod lasem, w jednym i tym samym miejscu od lat zostawiam dla „leśnych duszków” resztki jedzenia. Czerstwy chleb, ziemniaki gdy „porosną”, zwiędłe warzywa i owoce czy kaszę zaatakowaną przez wołki. Nie ma tego wiele ale każdego tygodnia coś wykładam pewny, że gdy zajrzę tu ponownie po kilku dniach ściółka znowu będzie czysta od resztek z naszego stołu.

W ostatni piątek – prócz kilku innych „standardowo” jadalnych rzeczy – znalazłem w spiżarni plastikową torebkę z zapomnianymi kilkunastoma papryczkami peperoncino (czyli włoskiego chilli). Niemal wszystkie wyglądały całkiem jadalnie, tylko dwie troszkę zapleśniały. Podobno każdy produkt samoistnie zaatakowany przez „dziką pleśń” zawiera jej strzępki (grzybnię) nawet po umyciu, czy wycięciu zakażonej części. Nasz syn – który jest biotechnologiem – do znudzenia przestrzega mnie przed niekontrolowaną pleśnią w kuchni jakoby niosącą ze sobą fatalne w skutkach toksyny. Zastanawiałem się przez chwilę, czy jakikolwiek mieszkaniec wesołowskich lasów zechce skusić się na naprawdę ostre chilli.
Zazwyczaj jeden strączek wystarczy dla kilku osób lubiących pikantne jedzenie. Dwa strączki to raczej ekstremum. W każdym wypadku jeśli przeciąłeś świeży owoc albo skruszyłeś palcami suszony, przez godzinę nie dotykaj twarzy, a już na pewno oczu (nawet jeśli umyłeś dłonie mydłem), a najlepiej kontaktuj się z chilli w gumowych rękawiczkach.
W końcu uznałem, że jednak nie będzie to eksperyment groźny dla otoczenia jeśli ognistą przyprawę wyłożę do leśnego bufeciku wraz z innymi resztkami.

Przyznam, że byłem prawdziwie zdumiony gdy po kilku godzinach – ciekawy wyniku tegoż naturalnego badania – pod drzewem znalazłem czerstwe pieczywo, zwiędłego pora i tylko dwie papryczki. Te zapleśniałe. Bardzo uważnie zbadałem teren wokół w poszukiwaniu choćby szczątków zabójczego warzywka albo słaniającej się gdzieś nieszczęsnej istoty, która pożywiła się nim. Ani śladu.
W moim przekonaniu peperoncino (chilli, piri-piri) jest nadzwyczaj zdrową przyprawą.
Po pierwsze zawiera masę witaminy C, której w tej formie – z niejasnych dla mnie powodów – nie zabija gotowanie czy smażenie (ogromna zaleta w kuchni na przednówku).
Po drugie – wbrew zwyczajnym intuicjom – działa leczniczo na przewód pokarmowy. Leczy nieżyty (to zbawienie dla lubiących ostre jedzenie wrzodowców), a także oczyszcza jelita z rozmaitych złogów.
Po trzecie podbija poziom energii, witalizuje i przyspiesza przemianę materii, rozgrzewa.
Jako ostrzeżenia warto podać, że w związku z ostatnią wymienioną tu zaletą nie jest najlepszym pomysłem dla osób z tendencją do bardzo wysokiego ciśnienia oraz, że sporo osób jest wrażliwych na kontakt przyprawy ze skórą.

Wynik eksperymentu: leśne duszki zdają się potwierdzać zarówno zalety ostrej papryczki jak i twierdzenia Wojtka o szkodliwości pleśni.

Poniżej zamieszczam mój stary przepis na „Penne z krewetkami na przyssawkach i peperoncino”.
Wersja łopatologiczna dla mniej wprawnych kucharzy w ilości na cztery średnio głodne osoby.
Najpierw należy przygotować sobie na wierzchu wszystkie narzędzia kuchenne:
1. 5-3 litrowy (nie mniejszy) garnek z przykrywką do gotowania makaronu. Może też być zwykły garnek + spory durszlak
2. 2-1 litrowy rondel z przykrywką (lub garnek ze stali nierdzewnej lub z żeliwa) do zrobienia sosu
3. mały rondelek lub patelenka do podsmażenia czosnku i peperoncino
4. deseczka do krojenia (polecam z tworzywa lub szklane z powodów higienicznych)
5. duża łyżka z dziurkami (ewentualnie zwykła duża łyżka)
6. nóż (dowolnej wielkości oby ostry – ja do wszystkiego używam format „szefa kuchni”)
7. wyciskarka do czosnku (jeśli nie ma, to można będzie go posiekać)
8. coś do zgniecenia suszonego peperoncino (gumowe rękawiczki albo talerzyk i łyżeczka) a jeśli będzie użyte świeże to nóż jak wyżej.
Teraz produkty (wszystkie do kupienia w 15 minut w delikatesach np. Bomi lub w większości sklepów klasy Kaufland, Carefour itp.):
1. woda (bez chloru i fenolu)
2. dwie kostki rosołowe warzywne (najlepiej rybne)
3. sól (wystarczy łyżeczka do herbaty)
4. oliwa z oliwy z pierwszego tłoczenia na zimno
5. cztery ząbki czosnku (albo mniej jeśli ktoś nie jest entuzjastą)
6. suszone lub świeże posiekane: ½ łyżeczki oregano i ½ łyżeczki bazylii (jeśli nie ma to można poratować się odpowiednio 1 łyżeczką natki pietruszki) + 4 łyżeczki grubiej pokrojonej zielonej pietruszki (do posypania na talerzu).
7. 1-2 suszone lub świeże peperoncino – nie wolno dotykać tego gołymi dłońmi !
8. dwie łyżeczki małych kaparków z zalewy
9. 4-6 kawałków suszonych pomidorów z oliwy
10. 8-12 małych ośmiorniczek (mogą być mrożone) – dobrze przepłukane zimną wodą
11. 12-20 dużych krewetek (w żadnym wypadku NIE tzw. cocktailowych) bez łupinek (tylko z „ogonkami”). Krewetki mogą być świeże lub mrożone surowe albo mrożone gotowane (jeśli mają skorupki wówczas należy je obrać na surowo albo sparzyć wrzątkiem – ale nie gotować – i po sparzeniu obrać zostawiając ogonki). Krewetki powinny być opłukane (żeby wymyć resztki skruszonych skorupek itp.).
12. 1-2 łyżeczki octu z białego wina (ewentualnie jabłkowy lub po prostu ½ cytryny)
13. makaron 500g – zdecydowanie włoski – 9-10 minutowy (ja chętnie używam penne dopia rigatura).
Instrukcja przyrządzenia:
1. nalać ¾ objętości wody do garnka na makaron, wrzucić 1 kostkę rosołową, wlać łyżkę oliwy (lub oleju z pomidorów), dodać płaską łyżeczkę soli. Przykryć zostawiając szczelinę dla ulatniania się pary, postawić na duży ogień.
2. Czekając na zagotowanie się wody w garnku – Nakryć do stołu. Opłukać ośmiorniczki i każdą przeciąć na pół (cztery nogi z prawej i cztery z lewej – mniej więcej). Opłukać krewetki, wyciągnąć z oliwy (widelcem) na deseczkę suszone pomidory i każdy przytrzymując widelcem przeciąć wzdłuż na 4-6 pasków, obrać ząbki czosnku, rozgnieść peperoncino (1 na głowę to dawka dla lubiących zdecydowanie ostre jedzenie), otworzyć paczkę z makaronem. Teraz postaw na małym ogniu patelenkę lub rondelek na czosnek, po chwili (30-60 sek.) wlej około 1 łyżkę oliwy. Następnie wgnieć lub włóż posiekany czosnek (resztki wrzucając do garnka na makaron), włóż cienkie plasterki połówek peperoncino (jeśli używasz świeże), posyp minimalną ilością soli (mała szczypta), mieszaj i gdy zobaczysz że czosnek wydziela małe bąbelki i intensywnie pachnie zdejmij z ognia, wrzuć do niego pocięte pomidory (obniżą temperaturę, a nie wolno go zrumienić), zamieszaj i przykryj (żeby zachować aromat). Tu uwaga na boku – w chilli ostre są głównie gniazda nasienne, a więc jeśli chcesz bardzo ograniczyć ostrość wygrzeb je i wyrzuć z przeciętej papryczki przed jej pocięciem.
3. Gdy woda już zacznie wrzeć przygotuj się do sprawnej akcji. Jeśli czegoś nie zdążyłeś z powyższych punktów to zrób to teraz. Gdy wszystko jest gotowe wsyp ostrożnie makaron do wrzątku (na pełnym ogniu) od razu mieszając i zaraz przykryj zachowując szczelinę (aby nie kipiał). Jeszcze nie łap czasu.
4. Postaw na średnim ogniu rondel na sos, po 30 sek. wlej trzy łyżki oliwy, wrzuć przekrojone ośmiorniczki, i nalej łyżeczkę octu lub wyciśnij cytrynę (nie tylko dla smaku ale też neutralizuje „morski” zapach w kuchni) i zamieszaj. KONIECZNIE zajrzyj do garnka z makaronem – powinien znowu zaczynać się gotować (jeśli nie to chwile odczekaj aż zacznie). Gdy makaron zaczyna się gotować:
a. Złap czas (zapisz, zapamiętaj, nastaw budzik itp.)
b. Zamieszaj
c. Zmniejsz ogień prawie do minimum (ale żeby był ruch w garnku) i znowu przykryj ze szparą
5. Zobacz czy nie przypalasz ośmiorniczek (powinny się dusić a nie smażyć). 6-5 minut przed terminem makaronu (zależy czy krewetki mrożone czy nie) dołóż szybko, sprawnie do ośmiorniczek:
a. Krewetki
b. Całość polej oliwą z podsmażonymi czosnkiem, chilli i pomidorami
c. Rozkrusz kostkę rosołową (NIE dodawaj soli nawet jeśli lubisz bardzo słono)
d. Dodaj kaparki.
e. Posyp oregano i bazylią
f. Jeśli używasz suszonego chilli teraz posyp równomiernie peperoncino (rozkrusz w rękawicach lub zmiażdż łyżeczką na talerzyku i wysyp – NIE dotykaj gołymi dłońmi).
g. Wlej drugą łyżeczkę octu (lub dociśnij cytrynę). Zamieszaj i przykryj bez szparki. Przykręć ogień.
6. Zamieszaj makaron i sprawdź czas. Na 1,5-1 minutę przed terminem makaronu umieść durszlak w zlewie, wyłącz gaz pod makaronem i przelej makaron przez durszlak. Koniecznie polej go szybko po całości (ale nie bardzo intensywnie) zimną wodą.
7. Zestaw garnek z sosem z ognia (nie wyłączaj ognia) i zamieszaj (możesz jeszcze dodać trochę oliwy jeśli lubisz jej wyrazisty smak). Jeśli lubisz psuć naturalne smaki solą to teraz możesz wreszcie dosolić sos i zamieszać.
8. Postaw na przykręconym ogniu garnek po makaronie, wsyp do niego ugotowany zahartowany makaron i zalej go sosem z krewetkami i przyssawkami, trochę delikatnie zamieszaj i przykryj na 1 minutę (aby pasta przeszła zapachem).
9. Po jednej minucie zakręć ogień pod potrawą i nakładaj łyżką do makaronu – sprawiedliwie wyławiając odpowiednie ilości przyssawek i krewetek.
10. Na talerzu posyp zieloną pietruszką.

Odradzam tu parmezan bo zabije smaki.

Punktualność szpaków

Aż trudno uwierzyć. Szpaki w tym roku przyleciały dokładnie jak w 2009. Tylko zdecydowanie mniej im się podoba, bo z rana śpiewają koło budek lęgowych, a cały dzień i noc spędzają gdzieś w lesie.