Blog

Nasz kochany Potwór – ORO

Taki ładny majowy dzień. Trochę chłodny ale wreszcie widać prawdziwą wiosnę: intensywna zieleń, pierwsze kobierce kwiatów na łąkach, gdzie nie gdzie kwitną bzy.
Z ambiwalencją zbierałem się na kilka dni do Warszawy – żal zostawiać tę najpiękniejszą w roku budzącą się naturę, z drugiej strony czas na trochę zarobkowej pracy i wielkomiejskich rozrywek. Aż tu nagle wszystko się skomplikowało. Z powodu szpaczego dziecka.

Skąd ptasie dziecko spadło mi na głowę? Właściwie z dachu. W Starych Brzozach gniazduje kilkadziesiąt szpaczych rodzin. Część w budkach lęgowych, a część w zakamarkach dachu. Tyle, że dziecko spadło właściwie detalicznie nie mi na głowę, a Radze. Nie przejęło się zbytnio tym, że Raga waży prawie 40 kilo, a nie 8 dkg jak każdy z jego rodziców, ani że jest ruda i kudłata zamiast czarna i pierzasta. Od razu rozdarło dziób (dosłownie i w przenośni) i zażądało karmienia. Raga początkowo, mimo strasznie głupiej miny, udawała, że niczego nie widzi i nie słyszy. Ale po dłuższej chwili, wobec bezczelnego zachowania intruza, od niechcenia odczołgała się z pięć metrów i zapadła w nibydrzemkę. Oro (takie w końcu dostał imię) jednak jak każdy cholerny niemowlak postanowił świat urządzić po swojemu i natychmiast polazł za nią na swoich patykowatych nogiszczach, zataczając się i trzepocząc kilkoma piórami, w które zaczynała być przystrojona jego bezwstydna nagość. Oczywiście nie przestawał wrzeszczeć w niebogłosy. Z niezwykłą inteligencją każdego tyrana, odnalazł bezbłędnie krokodylą paszczę i zaczął ją dziobać, domagając się jakiegoś tłustego robala. Byłem pewien, że za chwilę nastąpi błoga cisza. Tak jak to bywa z muchami latającymi w lecie nad głową naszej suki. Brzęczą, brzęczą, klap i cisza. Okazało się jednak, że geny owczarka równie mocne jak nerwy zawodowego pokerzysty. Raga polazła do budy. I to był jej błąd taktyczny. Oro popędził ku niej na złamanie karku (niestety nieskuteczne w zakresie karku), odcinając jedyną drogę ucieczki. Wówczas uznałem, że muszę wkroczyć – ostatecznie suka na starość ma prawo do samotności w budzie, na której zapisano jej imię. Złapałem potwora i odniosłem dwadzieścia metrów pod prawdopodobne gniazdo – niech zajmują się nim jego rodzice. Nie było to zbyt moralne, bo Oro generalnie był łysawo puchaty z niewielką ilością piór i wiedziałem, że nawet karmiony na dworze nie przetrwa najbliższej nocy poza swoim domem. Ale trudno przecież brać odpowiedzialność za wszystkie cudze dzieci.
Mały potwór z nadprzyrodzoną orientacją w nieznanym i bezkresnym terenie, mimo roślinności zasłaniającej mu wszelką perspektywę, już po chwili znowu wyganiał Ragę z jej azylu. Cały czas drąc dziób w skrzekliwy, potwornie irytujący sposób. Znowu go odniosłem, tam gdzie jego miejsce, wiedząc, że na zatracenie, jednak zajmowanie się szpaczymi pisklętami ma ograniczony sens – bardzo rzadko się usamodzielniają. A on z determinacją swoje – przyjmę każdą zastępczą mamę. I tak kilka razy. Wreszcie Raga zwiała w łąki, a Oro obrał sobie w swojej szalonej łepetynie mnie za cel. Więc ja zwiałem do domu i zająłem się kończeniem pakowania.

I tak przyjechałem do Warszawy ze szpaczym niemowlęciem, aby w Dniu Matki zostać matką. Później tylko nakopać glisty w ogródku, ugotować jajko, utrzeć skorupkę na proszek i zrobić smakowitą pastę z twarogiem i kiełżami, a z niej kuleczki. Nie za małe i nie za duże. Ogrzewanie, karmienie, pojenie – najlepiej co dwie godziny – jak z każdym niemowlęcym tyranem.

Dzień po dniu nowe problemy do rozwiązania, nowe wychowawcze wyzwania. Cel główny: przywrócić Oro szpaczej społeczności. Czy się powiedzie?

Iluminacje wagarowicza

Mamy wiosenną, prawie letnią pogodę. Słońce, ponad dwadzieścia stopni Celsjusza, delikatny wiaterek z północnego wschodu. Wstałem rano gdy nad torfowiskami snuły się jeszcze nocne opary. Kawa na otwartej werandzie z silną grą światłocienia na łąkach. Sarni koziołek skubał zroszone zioła, czapla łowiła drobne rybki. W oddali muczały zniecierpliwione krowy czekające popasu, a psy wtulone w nagrzewającą się ścianę domu wchłaniały ożywcze promienie. Trzmiel buczał. Cytrynowy motylek trzepotał szukając kilku feromonowych molekuł w bezkresnym wszechświecie. Jak w bajce.
Postanowiłem pójść na wagary. W mojej sytuacji oznacza to właściwie nigdzie nie iść, a jeśli już gdzieś, to stanowczo nie konkretnie.
Przez kilka godzin niespiesznie rąbałem drewno na najbliższą zimę (ależ ten czas leci) ścięte przez bobry tej zimy co właśnie minęła.
Przerwa – jajecznica z cebulą i natką pietruszki popijana resztką zimnej kawy, jedzona na północnym ganku bo był już prawdziwy upał.
Kilka roślinek przesadzonych w doniczkach. Skrupulatne rozsiewanie słoneczników i łubinu oraz mniej skrupulatne wysianie maciejki. Powtarzam ten rytuał rokrocznie. Jak dotąd bezskutecznie bo przymrozki, zające, norniki czynią tu z niemal każdego dłubania w ziemi syzyfową pracę. Z nadzieją można sadzić nieliczne gatunki drzew i jeszcze bardziej nieliczne gatunki krzewów – oby w setkach albo w tysiącach. Obszedłem więc te miejsca gdzie kilka tygodni temu umieściłem nowe świerki, jesiony i osiki – łącznie prawie pięćset. Ze świerkami będzie dobrze ale co z resztą jeszcze nie wiadomo.
Kontrola bobrzej tamy.
Prysznic.
Młode ziemniaki (jakieś unijne) z maślanką zaprawioną oliwą, czosnkiem i natką pietruszki. Drzemka w hamaku (trzeba korzystać póki nie ma zbyt wielu owadów).
Później niezbyt poważne fotografowanie ptaków.

O zachodzie słońca „werandowanie”. Odległe poszczekiwanie lisa, narastające rechotanie żab, moszczenie się szpaków pod dachem. Ostatnie loty jaskółek i pierwsze loty nietoperzy. Chłodna aromatyczna wilgoć łąk. Zmierzch. Narastające odgłosy nocy trudne do zlokalizowania w zagęszczającym się kręgu mgieł. Wyobraźnia swobodnie wędrująca w zamierzchłe czasy, w gwiezdne światełka, w nieznaną przyszłość, w samotność dzikiego ptaka rozpaczliwie kwilącego na skraju lasu, w mroczne i zimne wnętrze lodówki… Lodówki? Skąd do cholery w tym egzystencjalnym zestawie nagle lodówka?! Po chwili już wiedziałem – gdy człowiek poprzez obcowanie z przyrodą otworzy się na naturę rzeczy, może dostąpić iluminacji, a ona może dotyczyć np. zawartości lodówki.

Kilka dni temu dostałem w prezencie wino. Juhfark – Reserved – 2004, z węgierskiego regionu Somloi. Białe wytrawne. Zalecenie wyraźne i kilkakrotnie powtórzone nakazywało wypić je w SAMOTNOŚCI. Nie chodziło o to abym winem się nie dzielił, a właśnie o to abym dzielił się nim, tyle że sam ze sobą.
Teraz pojąłem – to ta WŁAŚCIWA CHWILA.
Pierwsze pół kieliszka poszło mi natychmiast do głowy. Bardzo ostrożnie wsmakowując się w bursztynowy płyn zacząłem rozważać co pasowałoby jako przekąska. Nie jestem znawcą win ale dość dobrze komponuję smaki. Juhfark jest zdecydowanie wytrawne ale nisko kwasowe. Ma wyraźnie miodowy posmak (bez żadnej słodyczy). Gdzieś na dnie jest ledwie wyczuwalna ale charakterystyczna gorzkawa cierpkość kojarząca mi się z propolisem. Grzebiąc w kuchni i spiżarni zdecydowałem się na tosty posmarowane minimalną ilością figowego dżemu i przykryte cieniutkimi płatkami koziej goudy (myślę, że to właściwa kolejność warstw).
Po pół butelce wypitej wolno, z dużą przyjemnością, zrozumiałem, że Darczyńca się mylił. Juhfark wymaga towarzystwa tyle, że osoby niepijącej i pozostającej w dyskretnym cieniu sytuacji za to gotowej do odstawienia degustatora w połowie degustacji do łóżka…

Rybna zupa

Czas na zimową zupę rybną. W Starych Brzozach podajemy ją niezależnie od pory roku, choć – ze względu na rozgrzewający charakter dania – zazwyczaj w chłodne dni. Osoby nie przywiązane do tradycji „własnej” wigilijnej zupy rybnej mogą śmiało podać ją podczas wigilijnej wieczerzy.

Składniki:
- kilka gatunków ryby (najlepiej część słodkowodnych, a część morskich) w ilości 10-15 dkg na osobę. Najprościej kupić mrożone filety ale tych ambitniejszych kucharzy zachęcam do ryb w całości (wtedy raczej 20 dkg na osobę)
- włoszczyzna + dodatkowy por i cebula (1 średnia cebula na 4 porcje)
- świeży imbir
- limonka (ostatecznie cytryna) w ilości jedna na 6 porcji
- czosnek (dużo ale zgodnie z upodobaniami)
- Chili (najlepiej świeże czerwone, ostatecznie suszone strączki) w ilości jedno na 3 – 8 porcji (zależnie od upodobań)
- trawa cytrynowa świeża lub suszone liście kafiru (nie jest to niezbędne ale dodaje aromatu)
- oliwa z oliwek
- sos rybny azjatycki lub anchois ze słoika
- sos ostrygowy azjatycki (nie jest niezbędny ale warto)
- pieprz w młynku
- pomidorki koktajlowe (lub ostatecznie pelati) z puszki (w lecie świeże sparzone i obrane ze skóry)
- białe wino półwytrawne
- „zielenina” wg upodobań: zielona kolendra, natka pietruszki, szczypior
- woda

Przyrządzenie:
- Pokroić włoszczyznę (bez pora i cebuli) w cienkie talarki lub półtalarki lub paseczki. Wrzucić na niewielką ilość wrzącej wody i gotować około 20 minut.
- Drobno pokroić czosnek (nie przeciskać – ma być w kawałkach) i delikatnie zeszklić na odrobinie oliwy, a następnie dodać do gotującej się włoszczyzny
- Pokroić imbir w cieniutkie małe pastereczki, obrać trawę cytrynową z łupin i też drobno pokroić lub zmiażdżyć w moździerzu (liści kafiru nie kroi i nie kruszyć) i razem delikatnie podsmażyć na oliwie (patelnia lub wok) aż do zarumienienia imbiru.
- Dodać na patelnię/wok grubo pokrojone cebule i por oraz chili. Bardzo delikatnie posolić i lekko przyrumienić (sól i oliwa wydobędą i przejmą aromaty). Całość dołożyć do gotującego się wywaru (około 15 minut po wrzuceniu włoszczyzny).
- Dodać ryby. Jeśli mamy mrożone filety to przedtem trzeba je dokładnie umyć w zimnej (!) wodzie tak aby całkowicie zeszła z nich lodowa „glazura”, resztki łusek, krwi itp. (ale nie rozmrażamy ich zupełnie). Jeśli ryby mamy w całości to trzeba zająć się nimi trochę wcześniej. Sprawić je (oskrobać, wypatroszyć bez obcinania głów i umyć), a następnie wyfiletować. To co zostało po odkrojeniu filetów (głowy, kręgosłupy, resztki mięsa, skórę łososia) należy zawiązać w wygotowaną wcześniej gazę lub siatkę do prania delikatnych ubranek i gotować na małym ogniu przynajmniej godzinę), a następnie zlać przez gęste sitko i uzyć jako podstawowego płynu do gotowania zupy (gotować włoszczyznę z dodatkami i filety). Filety wkładamy do gotującego się wywaru (20 min po włożeniu włoszczyzny), dolewamy wino (ok. 50 mll na osobę) i gotujemy na małym ogniu (na granicy wrzenia) przez 30 minut (po 15 minutach można dużą łyżką rozdrobnić filety w spore kawałki bez przerywania gotowania).
- Do gotujących się filetów wcisnąć sok lionki lub cytryny (bez pestek), dodać sos rybny (1/2 łyżki stołowej na 4 porcje), dodać sos ostrygowy (ilość jak wyżej).
- Po 30 minutach gotowania filetów w wywarze dodać pomidory (puszka 30 dkg na 8 porcji) i po następnych 5 minutach wyłączyć ogień.
- Dodać zielone – można wsypać do garnka i zamieszać bez gotowania albo podać na stół w miseczce i posypać po nałożeniu zupy na talerze.

Serwowanie:
- Na stół podać sól i pieprz. Zupa powinna być zdecydowanie pikantna i z zapachem pieprzu ale uważać z dosalaniem bo dodane wcześniej sosy rybny i ostrygowy są bardzo słone.
- Podawać raczej na talerzach niż w miseczkach (bo łatwiej gromadzić ości na wrąbku).
- Zupę można jeść samą (jest bardzo pożywna) lub z pieczywem albo na sposób „azjatycki” dać na talerze przed nalaniem makaron „sojowy” (w rzeczywistości z fasolki mun), który zalany gorącą zupą staje się gotowy do jedzenia.
- Ponieważ zupa jest pikantna, rozgrzewająca (imbir i chili) i esencjonalna to dobrze podać schłodzone białe wino lekkie i niezbyt wytrawne (np. lekkie chardonnay lub vinho verde).

Kogutów u nas nie ma

U nas kur nikt nie trzyma. Kogutów też. Po pierwsze jaja w sklepie tanie, po drugie zbóż nikt nie sieje więc dla drobiu trzeba by karmę kupować, a to drogo wychodzi więc rachunku nie ma. Ale najważniejsze jest to po trzecie: „Trzeba być jakimś bezrozumnym albo bynajmniej warsawiakiem żeby lisy, kuny i dzikie ptaszyska własnymi kurami karmić”.

Za łęgami, jakiś kilometr od naszego domu stoi kilka „letnich domków”. W jednym z nich praktycznie przez cały rok mieszka małżeństwo w zaawansowanym wieku emerytalnym –powiedzmy Państwo Wołomińscy. Ponieważ pochodzą z małej mazowieckiej miejscowości i lubią obcowanie z naturą, dość dobrze wtopili się w lokalny sposób życia. A to komuś jabłonkę zaszczepią, a to marynowanymi „własnymi” grzybkami się wymienią, a to na kiełbaskę i literka przy ognisku zaproszą. Niemniej nie są „miejscowe” tylko „warsawiacy”. I przez to myślą jakby grali w serialu – jak mi Pan Józef wytłumaczył. Takich można spytać np. „A co tam w Warsawie słychać?” albo „Zna somsiad Jurka Witkowskiego? On tys z Warsawy, to pewno somsiad go zna bo on lekaz jest. Córka ma u niego wizyte za dwa tygodnie i nie wiem co mu w prezencie posłać. Kiełbase swojskom lubi?”. Ale nie ma co z takiego brać gospodarskiego przykładu.
Wołomińscy – jak to warsawiacy – postanowili kupić sobie koguta. No bo jak to żyć na wsi i żeby kogut nie piał. No i kogut dla kur potrzebny przecież. Pan Józef im tłumaczył, że kury by się niosły i bez koguta i jaja lepsze by były gdyby nie to, że i tak ich nie będzie, bo zaraz kur nie będzie, no i koguta nie będzie „bo tu u nas nie ma ani kur ani kogutów, a jajka w sklepie albo na targowicy trza kupywać”. Starsi państwo cierpliwie wyjaśniali jednak, że drobiu tu nigdzie nie ma bo rolnicy teraz nie chcą mieć Gospodarstwa, tylko chcą być Producentami. A oni chcą mieć małe Gospodarstwo i kury dla własnych ekologicznych jajek. „A jak już mieć kury to jak te kury tak przez całe życie bez seksu trzymać – będą przecież nieszczęśliwe”. Pan Józef równie cierpliwie tłumaczył, że kury nie zdążą za seksem zatęsknić bo zaraz ich nie będzie, a zresztą „kogut – kurwi syn – jak tako kure wyobraca, to pióra lecom, ona sie drze, że przykro słyszeć i ledwo żywa potem i to żaden seks tylko gwałt i kryminał”.

Tak czy inaczej Wołomińscy latem nabyli i trzy kury, i koguta, i zdążyli kilka razy jajecznicę zrobić. A nawet raz zanieśli do Pana Józefa na spróbowanie, że niby „całkiem inna taka”. Ale zimna i całkiem zastygła już była – bo ponad kilometr drogi mają – więc pan Józef nie wie czy inna, czy nie inna bo w końcu „psi jom zjedli”.
Kokoszki łaziły po podwórku i dość bezskutecznie próbowały wygrzebać coś jadalnego z naszego leśnego żwiru, Pani Wołomińska sypała kurom pokarm dla papug żeby miały urozmaicenie, a oboje warsawiacy lubili przysiąść o zachodzie na krzesełku turystycznym i patrzeć na swoje Gospodarstwo. Tylko koguta musieli uwięzić w klatce, bo okazało się, że tego jego seksu małe stadko nie wytrzyma, chyba żeby dokupić jeszcze przynajmniej z dziesięć pierzastych dam.
I ta jurność kogutowi uratowała życie. Lis – „pewnie ten co w wytartej kapocie tu chodzi” – zostawił na podwórku dwa kurze trupy, a trzeciego ptaka porwał. Kogut został cały i zdrowy w swoim więzieniu.
Wołomińscy, jak to warsawiacy, zamiast z koguta rosół zrobić póki jeszcze było z kogo (tak im Pan Józef radził), teraz wypuszczali go z klatki i cieszyli się jak pięknie pieje. Tyle tylko, że jak szli na grzyby to go znowu zamykali żeby lis nie wykorzystał okazji jak poprzednio. Mieli plan na wiosnę nowe kury kupić, tylko lepiej ich pilnować. No i żeby więcej ich było. Pan Józef już tylko machnął ręką, splunął i nic nie powiedział.

Jeszcze na początku listopada ptasi samiec alfa beznadziejnie wydzierał się żeby oznajmiać światu kto rządzi Gospodarstwem. Gdy przyszły przymrozki zauważyłem, że „nasze” jastrzębie myszołowy o jednej i tej samej porze lubią przesiadywać na wysokiej olszy w łęgach – jakby na coś czekały. Na koguci hejnał wzbijały się w niebo i kwadransik – jakby od niechcenia -krążyły nad letniskowymi domkami. Rytuał trwał z dziesięć dni. Któregoś razu, wysiadając z samochodu pod domem automatycznie poszukałem wzrokiem tych pięknych ptaków ale ich nie było. Następnego dnia podobnie. I wtedy zdałem sobie sprawę, że też już nie słyszę koguta…
Ale to w końcu nic dziwnego. Kogutów u nas nie ma.

Jak wymawiać słowo Ojczyzna

Od kilku dni nie daje mi spokoju Narodowe Święto Niepodległości.
11 listopada w drodze do naszego powiatowego miasta przejeżdżałem przez kilka wiosek mazurskich. Naliczyłem dwie flagi. Gdzieś tam sołtys wywiesił od frontu i szkolny pedel (prawdopodobnie) – zatknął z boku kotłowni podstawówki. Dwie inne miejscowości – gdzie nie widać było budynków użyteczności publicznej – pozbawione „symbolicznej bieli śniegu i czerwieni patriotycznego żaru” (to cytat z internetowego scenariusza obchodów przeznaczonego dla nauczycieli …).

Powiat przywitał mnie atmosferą podobną do tej z dnia ogłoszenia stanu wojennego. Różnicę stanowiły brak mrozu i wielość flag narodowych. Wszędzie zgrupowania policji i wojska, zatarasowane przejazdy przez główne ulice i bardzo nieliczni przechodnie przemykający pod ścianami budynków.
W naszym mieście głównym miejscem obchodzenia czegokolwiek (może to być napisany –niezależnie od wyniku – egzamin maturalny, dzień ślubu, Dzień Weterana albo święto narodowe) jest maleńki skwerek z Pomnikiem Orła Białego. Nic więc dziwnego, że obok postawiono wartę honorową i do niego zmierzał uroczysty pochód w kilkusetmetrowym przemarszu z reprezentacyjnego placu.
W poprzednich latach miejscowe media toczyły zażartą dyskusję czy orkiestra miejska powinna być częścią pochodu, a jeśli tak, to czy patriotyczną była odmowa kierownika orkiestry wobec oferty nieodpłatnego uświetniania uroczystości. Wiele miejsca w polemikach poświęcano budowaniu pozytywnego przykładu dla młodzieży.
Tego roku orkiestra była. Były też niemałe zastępy czirliderek w białych botkach i mikrospódniczkach. Nie zabrakło oczywiście reprezentantów wojsk i policji – zarówno tych pozostających jeszcze przez chwilę w czynnej służbie, jak i starych emerytów z niemałym trudem niosących sztandary. Prawdopodobne, że gdzieś między sztandarami szły jakieś Władze (choć nie zwróciły mojej uwagi szczególnie godnym wyglądem). I na tym koniec. „Zwykli” mieszkańcy nie uczestniczyli. Nie uczestniczyli ani w pochodzie ani w oglądaniu pochodu. Podejrzewam, że młodzi emeryci mundurowi byli na rybach lub zbierali w lesie „zielonki”.

Surrealistyczny obraz przemarszu wymarłymi ulicami pod Pomnik Orła Białego (który notabene jest czarny) mnogości „służb”, w towarzystwie dzierlatek i płatnej służbowej orkiestry dętej . Wszystko razem ochraniane przed bliżej nieokreślonymi nieporządkami społecznymi przez masy funkcjonariuszy.

Na początku wydawało mi się, że rzecz w Mazurach, które w końcu tak jak nigdy niepodległości nie utraciły to nigdy jej nie odzyskały, więc niby jak mają czuć, że coś świętują.

Następnego dnia z pewnym Szwedem jedliśmy obiad. Narzekał na sparaliżowaną Świętem Warszawę ale chwalił powszechność wywieszania flag narodowych i chciał zrozumieć o co tu chodziło. Towarzyszący nam „dobrze wykształcony” młody człowiek rozpoczął krótką lekcję historii Polski. Trochę o Królu Mieszku I, coś o trzystu latach rozbiorów, a i o odzyskaniu niepodległości przez Wałęsę również było. Nie prostowałem zanadto, bo po co kogoś zawstydzać, a i dla Szweda w końcu nie ma znaczenia czy Mieszko nosił koronę książęcą czy królewską albo czy w TĘ niepodległość zaplątany był ten czy tamten wąsaty Polak. Trzysta czy sto trzydzieści to też bez różnicy bo przecież w końcu chodzi o stracone pokolenia, a nie o cyfry.

Wczoraj na facebooku wpadła mi w oko jakaś dyskusja prowadzona w gronie – o ile zrozumiałem – młodych polskich elit artystyczno-kulturalnych. Kilkakrotnie w wymianie zdań na poważne skądinąd tematy padały konkluzje „szkoda, że Polska to nie Czechy”, „a w Stanach to by …” itp.

Przyznam, że wprost nie wiem jak to wszystko podsumować. Posłużę się więc cytatem z aktualnych internetowych materiałów edukacyjnych dla nauczycieli, instruujących o znaczeniu wymawiania słowa Ojczyzna.

„Słowo Ojczyzna nie należy wymawiać zbyt często, ani zbyt szybko,
aby nie zatraciło sensu powierzonego przez przodków. Lepiej słowo to
po prostu zawinąć w płótno i położyć na dno rodzinnej szkatuły, pomiędzy fotografie.
Słowo Ojczyzna należy wydobywać na przykład na Święto Zmarłych lub
Święto Zmartwychwstania i kłaść na białym obrusie.”

Aaaaaaaaaaaaaaaaaa… !!!

Dla poprawienia humoru poniżej fotka z 1937 lub 1938 (tylko przez te dwa lata obchodzono 11 listopada przed 1989 r), na której mój dziadek ze strony matki niesie sztandar przemysłowców Warszawy.

Znowu koniec lata

Niestandardowe tegoroczne lato przeleciało mi niezauważenie.

Od puszczenia mrozu na wiosnę ziemia wciąż przesiąknięta wodą tak, że każda kropla deszczu musi spłynąć ku rzece lub wyparować. Mieliśmy wiele słonecznych dni ale też regularne deszcze przeszkadzające w zbiorach. Niższe łąki chlupoczą, rowy pełne. Do tygodnia wstecz powietrze gęste od wilgoci jak w jakiejś dżungli.
W sierpniu – corocznie rozgwieżdżone niebo pełne „spadających gwiazd” – było mętne jak nigdy przedtem. W połowie miesiąca bociany zwinęły się jak na komendę ku Afryce.
Zieleń bujna jak w Irlandii ale wiele drzew choruje z powodu zalanych korzeni lub rozmaitych grzybic.
Hałda opału zimą ściągniętego z łęgów zamiast wyschnąć przez lato stopniowo zamienia się w mokre próchno.
Dopiero ostatnie burze i wichury, łamiąc po drodze setki starych sosen, świerków, jesionów i klonów oczyściły powietrze.

Dziwi mnie niemal całkowity brak komarów, much i niewielka ilość ciem. Właściwie było ich trochę tylko na przełomie czerwca i lipca. Dzięki temu nasi najmłodsi goście mogli cieszyć wylegiwaniem na dworzu pod opieką Ragi zamiast gnieździć sie pod siatkami moskitier.

Zupełnie nie pamiętam też chrabąszczy majowych. W ostatnich dniach zaczęło się „babie lato” – niezwykły spektakl milionów tłustych krzyżaków wędrujących z wiatrem na pajęczynowych latawcach i rozpinających swoje hi-tech pułapki między źdźbłami wysokich traw i gałęziami młodniaków, gdzie czyhają na nieostrożne owady. Ich siatki pokryte z rana brylancikami rosy jawią się najsubtelniejszą możliwą biżuterią, a nie zabójczym narzędziem podstępnej owadziej zbrodni. Wydaje mi się, że tych milionów pająków jest jednak mniej niż zazwyczaj.
Może ten owadzi nieurodzaj to zasługa ptaków, których mieliśmy wyjątkowo dużo tego roku. Najpierw szpaki i pliszki, a później wiele jaskółek zdecydowało się nawet na drugi miot. Najmłodsze młode właśnie doskonalą swoje umiejętności lotnicze, a starsze gromadzą się na drutach energetycznych.

Kolejna noc z rzędu poniżej pięciu stopni Celsjusza. Wczoraj po raz pierwszy od wiosny rozpaliłem w piecu żeby ogrzać dom. Niepokoję się o zapas suchego drewna.

Wieczorem rozpoczęło się rykowisko ale jakoś mniej efektownie niż rok temu. Bez żadnego wrażenia grozy. Ot, takie jelenie wypociny. Może dalej któryś napnie się bardziej i zasłuży na miejsce w historii. A jeleń ma na to dwa rodzaje szans: być mistrzem rykowiska, a w konsekwencji skutecznie się bzyknąć lub oddać poroże do przyozdobienia ściany w domu z tradycjami, gdzie przez pokolenia będą opowiadać jakim okazał się jeleniem…

Nadeszło lato Danusiu

Skąd wiadomo, że nadeszło lato? Jak je rozpoznać? Czy są jakieś nieomylne wskazówki?

Ktoś może powiedzieć, że przecież wystarczy zajrzeć do kalendarza i już wiadomo. A właściwie, to nawet zaglądać nie trzeba bo przecież każdy normalny człowiek wie jaką mamy dziś datę (przynajmniej mniej więcej). Nawet w głupich filmach można znaleźć taką scenę kiedy budzącego się do przytomności osobnika wypytują – właśnie dla sprawdzenia stopnia tej przytomności – „jaki dzień dzisiaj mamy”.

Szacunkowo co trzeci wykształcony osobnik łapie, że lato zaczyna się gdzieś w okolicach 21-23 czerwca i trwa trzy miesiące. Takiemu z doktoratem kołacze się w głowie jeszcze jakieś przesilenie, równonoc – bez szczegółów, bo to nie jego dziedzina przecież. Pozostałych dwóch na trzech wykształconych sądzi, że początek lata następuje po prostu w noc świętojańską.
Ci co studiują nauki społeczne pamiętają jeszcze, że mają z tym związek co najmniej Świtezianka czy Marzanna (któraś się utopiła czy ją utopiono … no jakoś tak…) albo świetliki czy spadające gwiazdy (tyle tego było, że nie sposób zapamiętać, a zresztą po co – przecież zawsze można sprawdzić w internecie). Nie wiem czemu ale nigdy ci po zajęciach z kulturoznawstwa w Internecie nie sprawdzają.
W rzeczywistości większość z tego jest prawdą jedynie mniej więcej, a w dodatku odnosi się do lata „astronomicznego” i to z zastrzeżeniem do półkuli północnej, i jeszcze w dodatku do strefy klimatu umiarkowanego. No może z wyłączeniem Marzanny, która ma związek raczej z zimą lub wiosną, Świtezianki, która ma związek z polskim systemem edukacji, a świetliki i spadające gwiazdy mogą zostać bo mają dużo wdzięku i właściwie nie wprowadzają w błąd nawet jeśli wolą uprawiać aktywność kiedy indziej. Czyli nawet ta prawda „mniej więcej” nie odnosi się ani do większej części ludzkości ani większej części świata przyrody. Może nic w tym dziwnego jako, że część filozofów uważa, że prawda nie istnieje (można sprawdzić w Internecie).
Lato klimatyczne niewiele ma wspólnego z kalendarzem. Jest definiowane przez średnie dobowe temperatury powietrza przekraczające 15 stopni Celsjusza. Wynika z tego, że dziś mamy lato a za tydzień „nielato” (mazurska trzydniówka z 8 stopniami w nocy i 17 w dzień czyli przybliżając – średniodobowo 12,5 – zdecydowanie nielato). Ciekawym kto z Was uśrednia sobie dobowe temperatury dla upewnienia się jaką ma porę roku (no i wie ile pomiarów, o jakich godzinach, na jakiej wysokości od gruntu itd. wykonać aby wskaźnik był poprawny)?

Widać zatem, że temat wbrew początkowemu pozorowi nie jest banalny. Mogę jednak pomóc krótkim instruktarzem. Obserwuj otoczenie i jeśli przynajmniej dwa z poniższych wskaźników wystąpią, to nadeszło lato.

1. Jeszcze dwa tygodnie temu szpaki zachowywały się jak na zdjęciu poniżej ale już tego nie robią

2. Na łąkach widzisz coraz więcej tajemniczych walców

3. Twoje psy szukają cienia zamiast wygrzewać się w słońcu

4. Masz nieodpartą potrzebę obdarowywania bliskich zebranymi na skraju lasu poziomkami albo dostajesz je w prezencie (np. nanizane jak szaszłyk na źdźbło trawy)

Postanowiłem zająć się tym tematem na wspomnienie uszczypliwej uwagi dawnej przyjaciółki. Wyznała mi swojego czasu, że dzięki temu blogowi orientuje się w zmianach pór roku, których z perspektywy korporacyjnego życia w Warszawie nie dostrzega na czas.

“Może być gorzej” – czyli zdecydowanie lepiej

Joanna wczoraj przesłała mi wiadomość z odwołaniem do kawałka serwisu gazety.pl i tytułem „może być gorzej”. Już chciałem skasować maila sądząc, że na końcu „linku” przytłoczy mnie coś katastroficznego, depresjogennego, a co najmniej nonsensownego w stylu apelu o zaprzestanie w Azjii hodowli małych kotków w butelkach po sake albo coś w rodzaju wezwania o podpisanie dodatkowej listy poparcia dla Prezesa Kaczyńskiego. Ponieważ jednak nadawca w moich oczach jest osobą wiarygodną i tylko trochę szaloną, kliknąłem od niechcenia w odnośnik. Gdy przeczytałem, zaraz w pierwszym odruchu zareagowałem paniką, że rzeczywiście „może być gorzej”. Rzecz bowiem dotyczyła tematu ważnego dla mnie od lat i dotykającego wielu moich emocji.
Chodzi o rozczarowanie. Ale nie byle jakie. Rozczarowanie wieloaspektowe, głębokie i wstydliwe zarazem. Rozczarowanie możliwością dobrego współżycia z naturą. Rozczarowanie Państwem, które nie chroni nas przed dzikimi zwierzakami-szkodnikami przebranymi za łagodne i pożyteczne stworzonka. Rozczarowanie samym sobą. Bezradność i upokorzenie związane z tak drastyczną zmianą poglądów na możliwość pokojowego współistnienia z innym, genetycznie pokrewnym bytem (aż strach pomyśleć co by było w sytuacji kontaktu z obcą cywilizacją).

O co chodzi? Już tłumaczę.
Kilkanaście lat temu, gdy wybieraliśmy teren, na którym dziś stoją Stare Brzozy byłem szczególnie dumny z dziewiczości tego miejsca. Dziewiczości będącej tak naprawdę efektem powojennych zbrodni i wysiedleń na terenie Mazur, kilku dekad zaniedbania rolniczego i bezludnego sąsiedztwa z dawnymi poligonami rakietowymi.
Pamiętam jak pierwszej jesieni wraz z Zarządcą „PGR w likwidacji” obchodziliśmy granice i w wielu miejscach nawet wysokie gumiaki były zbyt krótkie aby dotrzeć sucha stopą do znaczników geodezyjnych – kopców i kamieni. Pan Z. ze znajomością rzeczy objaśnił mi, że to wszystko przez te pieprzone zwierzaki, których on osobiście nienawidzi bardziej nawet niż Balcerowicza. Ponieważ Balcerowicz wydawał mi się zbawieniem dla Polski, to automatycznie zakładałem, że zarządca ma równie nieadekwatną ocenę tych pieprzonych zwierzaków tzn. tajemniczych i pięknych zwierząt. Sądziłem wówczas, że to bardzo pożyteczne i rzadkie stworzenia – przecież one same i wszelkie ich budowle są pod ścisłą ochroną, a w dodatku zawsze były hołubione przez naszych królów. Gdy wróciłem do Warszawy wszystkim w koło opowiadałem z dumną i podekscytowaniem, że na naszej ziemi „mamy nawet własne bobry”.

W następnym roku dostałem ostre w tonie pismo z powiatu, że zostanę ukarany grzywną jeśli nie udrożnię swojego granicznego rowu melioracyjnego, który w rzeczywistości jest wielokilometrową strugą wypływającą z jakiegoś jeziora i w wyniku zatkania się na wysokości naszej granicy woda zalewa setki hektarów łąk w górnym biegu strugi. Natychmiast zająłem się sprawą. Wizja lokalna pokazała, że nie tylko wielkie połacie cudzych łąk są pod wodą ale nasze także. Przyczyną są bobrowe budowle prawem chronione. Jako typowemu miejskiemu matołkowi wydało mi się to cudowne! Mają po czym brodzić żurawie i czaple, mają którędy spławiać drzewo bobry, a może nawet chroniony żółw błotny sobie tam popływa. I wydra też niejedna! Odpisałem więc Powiatowi jak jest i ostrzegłem, że jeśli Powiat naruszy tamę kochanych przecież przez nas wszystkich bobrów, to Powiat nie wyjdzie z sądu, a może i z więzienia, bo będę go skarżyć do końca istnienia wolnego państwa polskiego lub mojej śmierci i – jeśli o mnie chodzi – to niech bobry zalewają co potrzebują, bo to ekosystem przecież i odnowa wód gruntowych. Powiat zamilkł w tej sprawie na zawsze ale ktoś niezidentyfikowany – ku mojemu oburzeniu takim barbarzyństwem – tamę rozwalił, a żeremia spalił.
Ponieważ chcieliśmy jakoś zadbać o tę kupioną ziemię, której skali miejskimi mózgami nie ogarnialiśmy oddaliśmy ją w dzierżawę. Kolejni dzierżawcy przez lata twierdzili, że nic tam nie da się zrobić, bo te pieprzone bobry… „A wogle za pare lat to już lasu nie będziecie mieli, całego jego te diabli wezmom”…. Na Mazurach nie ma „głodu ziemi”, a i tak nie chcieliśmy żyć z rolnictwa więc było nam właściwie wszystko jedno. Tylko ta mroczna przepowiednia na temat lasu zakiełkowała w moim sercu i zaczęła rozrastać się protestem i lękiem. Las bowiem piękny i dziki, wielka w nim różnorodność roślin i zwierząt, a drzewa rosną w nim z mozołem od II Wojny.
Jednocześnie przez lata zastanawialiśmy się, w którym miejscu kiedyś posadowimy nasz dom. Dla mnie było oczywiste, że tu gdzie stoi on dziś. Ale Joanna uporczywie protestowała – „nie chcę mieszkać na bagnach”. To słowo „bagno” długo odczuwałem jako osobisty afront. Przecież to naturalne łąki zalewowe o niepowtarzalnym pięknie, a nie „bagno”. Z początku wydawało mi się, że 1-2 hektary suchego wzniesienia otoczonego bobrzymi rozlewiskami to dość do życia dla ludzi. Można przecież współegzystować pokojowo. Myślałem tak nawet wtedy, gdy niemal utopiłem swój terenowy samochód na rozmiękłej grobli.

Z roku na rok coraz bardziej niepokoił mnie jednak los wielkich brzóz – gnijących i padających pokotem całymi tuzinami każdej wiosny i jesieni. A czasem i latem. Bobry lubią bowiem kwietniową korę buzującą od soków, a jesienią gromadzą w żeremiach gałązki jako zapas zimowy. Jak wiadomo te podobno pożyteczne istoty zazwyczaj nie łażą po drzewach. Żeby dostać się do gałązek albo obrać drzewo z kory po prostu je fachowo podgryzają, a wiatr kończy dzieło. Jeśli brzoza rosła krócej niż 40 lat po prostu ścinają ją jak siekierą nie czekając na obce siły przyrody. W dodatku wiele drzew bobry mordują masowo topiąc ich korzenie. Niestety z bobrzego terenu nie da się nawet usunąć tego co pozostało po kulinarnych wyczynach tych niedoszłych chasydzkich czapek – nie wjedziesz ani traktorem ani wozem nawet (chyba, że zaprzęgniesz łosie).

100513_bobrowisko_001_small

W Internecie można przeczytać interesujące androny jak „współżyć z bobrami dla dobra środowiska”. Pomysły z pakowaniem drzew w metalowe siatki lub płaty blachy falistej, smarowanie kory specjalnymi maściami, montowanie wielometrowych rur drenażowych w tamach aby kontrolować poziom zalewów itp.
Zacząłem od drenaży. Spore koszta i wiele pracy. Te miłe i pożyteczne podobno zwierzęta neutralizowały takie systemy obniżania poziomu zalewów w ciągu kilku godzin szczelnie oblepiając drenaże błotem. Rura która jest moją budowlą (w przeciwieństwie do tamy będącej budowlą chronioną) dziesiątki razy była mozolnie oczyszczana. Za każdym razem w nocy bobry znajdowały czas i energię aby ją szczelnie przykryć, a później obudować patyczkami i wykorzystać jako stabilny element swojej własnej budowli. Ja czyszczę, a one budują coraz okazalej. I tak w kółko miesiącami. Brzozy padają. Świerki też. Nawet i olchy.
W drugiej kolejności była faza obsadzania drzew trującym bluszczem i eksperymentalnego smarowania maściami na bazie skoncentrowanego chili i innych okropności. Informuję tu, że mazurskie bobry lubią sałatkę z bluszczu okraszoną dowolnie ostrą papryką.
Siatek i blachy nie stosowałem ale widziałem to nad górną Narwią, gdzie bobry wycinają wszystko po horyzont łącznie ze stuletnimi dębami rosnącymi na wysokich skarpach na rynkach miasteczek. Zazwyczaj rada miejska decyduje się tak chronić miejscowe pomniki przyrody. Tam też zacząłem podejrzewać, że te pieprzone zwierzaki potrafią posługiwać się drabinami – widziałem bowiem korę poobgryzaną na wysokości mojej twarzy tuż nad blaszanym opakowaniem starożytnego jesionu.
Wyobraźcie sobie las tysięcy gnijących od korzeni drzew opakowanych w rdzewiejącą blachę…

Któregoś dnia wreszcie – niemal ze łzami w oczach (łzami bezradności i upokorzenia) – poprosiłem sąsiada-dzierżawcę aby w swoim własnym imieniu wystąpił do leśniczego, Powiatu, Województwa i wszędzie gdzie się da o ochronę naszego lasu przed tymi pieprzonymi szkodnikami (wciąż mam w pamięci moje groźne pismo do Powiatu w ochronie bobrów). Leśniczy ze stoickim spokojem orzekł, że „jak już cały las wytną to się przeniosą bo samymi łąkami nie wyżyją”. Powiat oświadczył, że nie może ich nigdzie skutecznie przenieść, ponieważ cała okolica w promieniu dziesiątek kilometrów jest „nasycona bobrami bo tu jest jedno z kilku głównych miejsc dawnej reintrodukcji tego gatunku do Polski” . Województwo tak wyceniło szkody, że sąsiad-dzierżawca uznał, że następnym razem nie opłaca mu się jechać do miasta – na ropę nie starczy. Pomysł aby Wydział Środowiska zamiast płacić grosze odszkodowawczo sadził na prywatnym terenie las w miejsce utraconego okazał się niewykonalny.

Ostatecznie dzięki odtworzeniu pruskiej melioracji terenu i „objechaniu” bobrowych łęgów fosą mieszkamy na pięknych łąkach, a nie w bobrowych zalewach. Walka o stare drzewa jest jednak przegrana i nie zmieni tego sadzenie co roku tysiącami młodych brzóz, olch i świerków. Przecież nie mamy już szans zobaczyć je za naszego życia w całej okazałości.

100513_bobrowisko_006_small

No dobrze, ale o co chodzi z tym mailem o temacie „może być gorzej”? Gazeta doniosła, że w Kanadzie właśnie przez przypadek odkryto największą znaną na świecie bobrzą tamę. Ktoś analizując zmiany klimatyczne zobaczył ją na zdjęciu satelitarnym. Tama ma 850 m długości a jej szerokość czyli grubość, w niektórych miejscach przekracza 100 m. Inżynieryjnie jest porównywalna z największymi budowlami elektrowni wodnych. Zalane są prawdopodobnie tysiące hektarów. Z pewnością była budowana przez dziesiątki pokoleń tych miłych zwierzątek.
Moim zdaniem temat maila Joanny powinien brzmieć: „może być zdecydowanie lepiej”.
Kanadyjczycy odkryli tamę „przez przypadek”! I to jest moim zdaniem właściwa lokalizacja do „współistnienia z bobrami dla dobra środowiska” – miejsce gdzie w nowoczesnym kraju o rozwiniętej gospodarce nie zauważa się latami czegoś o skali sporego fragmentu Muru Chińskiego. Właśnie niech TAM sobie mieszkają.

22 maja 2010 fala powodziowa przerwała kolejne wały w Świniarach na Mazowszu. Podobno w dużym stopniu odpowiedzialne są nasze miłe bobry, które drążą w wałach niewidoczne sieci tuneli. Oczywiście bobry twierdzą, że ludzie są głupi (zarówno samorządowcy jak i inwestorzy) budując na terenach zalewowych i utrzymując nadmierną w związku z tym sieć wałów zamiast zostawić bobrom poldery, a wały budować w dużej odległości od rzek (i bobrów).
Moim zdaniem zwierzaki mają rację ale jeśli już głupi ludzie zainwestowali miliardy w osiedlanie się blisko cieków wodnych, to na terenach gęsto zaludnionych ochrona bobrów i ich “budowli” powinna zostać zawieszona lub zlikwidowana. Jednocześnie pewnie warto stanowczo powstrzymać dalsze osiedlanie się na obszarach naturalnie zalewowych, a najlepiej z krytycznych lokalizacji (jak zabudowany przez kretynów polder pod Wrocławiem) przesiedlić ludność na stałe.

Zdjęcia z werandy

Nasi goście lubią robić zdjęcia, a nasza weranda nadaje się do tego bardzo dobrze. Można popijać kawę czy wino i od czasu do czasu coś pstryknąć:

a to dzieci bawią się w szałas
100501_goscie_008_small

100501_goscie_011_small

… a to ćma ukryta w trawie
100501_cma_005_small

… a to nornik pracowicie zanosi ziarenka pęczaku do swojego podziemnego domku
100501_nornik_004_small

… nieznany ptaszek złapany w obiektyw okazuje się dzierzbą czarnoczelną – niezbyt częstym gościem na tej długości geograficznej
100501_dzierzba_czarnoczelna_001_small

… cyklista pod lasem jak z obrazów Modzelewskiego
100501_goscie_005_small

… spłoszona sarnia rodzina
100501_sarny_003_small

… żuraw polujący w skupieniu
100501_zuraw_004_small

… goście bawiący się rozmową
100501_goscie_004_small

i wreszcie nasz mało rozgarnięty bociani kawaler podczas przekąski.
100501_bocian_001_small

Medialna histeria

Z zasady nie piszę tu o WYDARZENIACH. Wesołowski blog dotyczy mojej lokalnej, wiejskiej egzystencji i lokalnie rodzących się wrażeń oraz myśli. Tym razem w świat osadzony między sosnami, brzozami, olchami i małą rzeką wdarła się Ogólnonarodowa Tragedia.
Długo w noc czytałem jakąś mało poważna książkę. Sobota, więc odsypiałem niespiesznie. Obudził mnie telefon od brata.
- „Katastrofa samolotowa w drodze na uroczystości w Katyniu! Prezydent Kaczyński i 131 innych osób nie żyją!”
- „Żart?”
- „Nie żaden żart. Włącz telewizor.”
- „Nie mam telewizora. Jestem w Starych Brzozach.”
- „To włącz radio”.

Radio mam. I Internet. Kilka wstrząsających informacji powtarzanych w kółko. Jeszcze niewiele wiadomo. Ale pewne, że „Lech Kaczyński z małżonką, prezes NBP, posłowie, biskupi, generalicja… nikt nie ocalał”. Kwadrans po kwadransie dochodzą nowe fakty. A właściwie nowe fakty medialne.
Jakiś ekspert wypowiada się w sprawie przyczyn katastrofy – „Za wcześnie na ostateczne podsumowania ale już można powiedzieć, że to albo błąd pilota albo problem techniczny z przestarzałym samolotem rządowym albo zła pogoda”. Z tej wypowiedzi rozumiem, że ekspert wyklucza zamach terrorystyczny lub zestrzelenie samolotu przez KGB. Sądzę, że rozsądnie.
Były prezydent RP – Wałęsa – zaczyna snuć paralele między tym zdarzeniem, a wydarzeniami sprzed 70 lat i nazywa katastrofę „drugim Katyniem”. Zaczynam czegoś nie rozumieć. Co jest wspólnego między planowym kilkudziesięciotysięcznym ludobójstwem dokonanym z myślą o zagładzie rzeczywistych elit narodu w celu likwidacji jego tożsamości narodowej i zdolności organizacji państwowości, a wypadkiem samolotowym, w którym ginie kilkudziesięciu polityków i działaczy społecznych?
Słyszę nagle, ze zdumieniem, że jakiś reporter opowiada o swojej szansie zawodowej… .
Pojawiają się pierwsze listy tych którzy lecieli z Prezydentem. To chyba nie 132 osoby, a raczej osiemdziesiąt kilka. Tak czy inaczej: Prezydent z Pierwszą Damą, Posłowie, Senatorowie, Prezesi i Przedstawiciele, Generałowie, Hierarchowie Kościoła… . Tragedia dla Polski, dla narodu. Ktoś się pyta: „co stanie się z naszym krajem?, jak teraz będzie wyglądać Polska?”. Nagle dociera do mnie, że nikt nie mówi o śmierci w tej katastrofie tzw „zwykłych ludzi”. Przecież musieli być tam też jacyś ZWYKLI LUDZIE. Jakaś stewardesa, ochroniarz, pilot, może sekretarka, której nazwiska nie czytamy w gazetach. Może nie są powszechnie znani ale tragicznie zmarli w tym samym wypadku. Zupełnie na tych samych zasadach co Pan Prezydent, Eminencja Ks Biskup i Generał. Nikt się nimi nie zajmuje. Tak dalece są medialnie obojętni, że po kilku godzinach – w końcu okazuje się – że nikt nawet nie liczył ich śmierci. Bo ostatecznie to nie osiemdziesiąt kilka ale dziewięćdziesiąt kilka osób zginęło. Niesamowite, ale wciąż nie słyszę o jednostkowym ludzkim wymiarze tego co się stało. Bo przecież nawet Prezydent był człowiekiem, który ma matkę, brata, córkę, jakichś pozazawodowych znajomych. Był CZŁOWIEKIEM. Eminencja Biskup człowiekiem był również. Ktoś, gdzieś jest w szoku, płacze, boi się, nie wie co teraz będzie z jego życiem bo stracił BLISKĄ OSOBĘ. Nie Prezydenta, Prezesa tego czy owego, Szefa Sztabu Generalnego czy Hierarchę.

Ogłoszono żałobę narodową.
Ktoś formułuje twierdzenie jakoby „właśnie zginęła cała elita intelektualna Polski”. Paradoksalnie kilkadziesiąt sekund później odbieram telefon od znajomej studentki humanistycznych studiów zaocznych z wiadomością, że z powodu żałoby narodowej odwołano zajęcia we wszystkich szkołach wyższych. Znowu odnoszę wrażenie, że czegoś nie łapię. Zginęła „cała elita intelektualna” to przestajemy kształcić nową elitę, czy po prostu już nie ma komu kształcić bo wszyscy zginęli? Ale przecież w hymnie RP śpiewamy frazę: „Jeszcze Polska nie zginęła póki MY żyjemy”.
Kolejny były Prezydent snuje przed mikrofonem opowieść, z której wynika, że nie sposób pozbyć się myśli, że cały wypadek ma wymiar mistyczny, a Las Katyński to przeklęte dla Polaków miejsce, gdzie nawet ptaki nie śpiewają…
Premier publicznie wypowiada przekonanie, że wypadek pod Smoleńskiem „to największa tragedia współczesnego świata”. W chwilę później reflektuje się na tyle żeby dodać, że chodzi mu o czas pokoju. Ciekawym co na to ludzie, którzy mieli bliskich 11 września w WTC, co na to inni ludzie, którzy przeżyli tsunami tracąc swoje rodziny i przyjaciół, co na to miliony ludzi w obozach dla uchodźców czasu pokoju – w nocy śniących sceny masakr, a w dzień cierpiących beznadzieję, głód, pragnienie, choroby i bezsensowną śmierć własnych dzieci, co na to inni – doświadczeni przez handlarzy żywym towarem, co na to polskie rodziny tracące w wypadkach samochodowych na polskich drogach co miesiąc ponad setkę bliskich?
Jakiś publicysta formułuje oryginalną myśl, że Katastrofa Katyńska być może jest Zamysłem Boskim przez który Prawda o Katyniu (tym z 1940 r) stanie się powszechnie znana dla Świata. I w pewnym niedopowiedzeniu – dziewięćdziesiąt trupów jest swoistą ofiarą niezbędną dla tego wyższego dobra…
Uzyskuję już pewność, że nasz lokalny świat medialny kompletnie oszalał.

Marszałek Komorowski w orędziu do narodu spokojnie i bezpretensjonalnie mówi nie tylko o ogłoszonej żałobie narodowej, przejęciu obowiązków Prezydenta RP ale w kilku słowach też o ludzkim i indywidualnym wymiarze. Powiew normalności.

Wracam do Warszawy.
Tysiące ludzi na ulicach przeżywają jakiś rodzaj patriotycznej wspólnoty. Zapalają znicze, wykładają kwiaty, wywieszają flagi z kirem. Z radia – obok odczucia „rozpaczy i tragedii” – zaczyna płynąć współczucie i smutek. Ktoś mówi: „państwo polskie sobie poradzi ale ten ból bliskich ofiar katastrofy…”.

Nie identyfikuję, się z poczuciem tragedii narodowej, choć wiem, że czeka nas małe zawirowanie polityczne. Z pewnością nie wierzę w utratę „polskich elit intelektualnych” – mam nadzieję i przekonanie, że mamy w Polsce takie elity nie kilkudziesięcioosobowe, a przynajmniej kilkudziesięciotysięczne. Doceniam wielką indywidualność i doświadczenie wielu zmarłych dziś osób ale byłoby naprawdę źle gdyby Państwo i Naród opierały się na nich jak na filarach, bez których cały gmach się zawala.
Prywatnie znałem dwie osoby, które zginęły w wypadku pod Smoleńskiem. Niezbyt blisko ale nie są dla mnie anonimowe. Z jedną z nich uczestniczyłem kilka miesięcy temu w pogrzebie matki i stypie, a z drugą widywaliśmy się na tangowym parkiecie w Złotej Milondze. Szczerze żal mi ich bliskich i nich samych. Byli ważni przede wszystkim przez to jacy byli prywatnie. Mieli też swoje plany, marzenia, pragnienia, których już nie będzie dalszego ciągu…