Nasz kochany Potwór – ORO

Taki ładny majowy dzień. Trochę chłodny ale wreszcie widać prawdziwą wiosnę: intensywna zieleń, pierwsze kobierce kwiatów na łąkach, gdzie nie gdzie kwitną bzy.
Z ambiwalencją zbierałem się na kilka dni do Warszawy – żal zostawiać tę najpiękniejszą w roku budzącą się naturę, z drugiej strony czas na trochę zarobkowej pracy i wielkomiejskich rozrywek. Aż tu nagle wszystko się skomplikowało. Z powodu szpaczego dziecka.

Skąd ptasie dziecko spadło mi na głowę? Właściwie z dachu. W Starych Brzozach gniazduje kilkadziesiąt szpaczych rodzin. Część w budkach lęgowych, a część w zakamarkach dachu. Tyle, że dziecko spadło właściwie detalicznie nie mi na głowę, a Radze. Nie przejęło się zbytnio tym, że Raga waży prawie 40 kilo, a nie 8 dkg jak każdy z jego rodziców, ani że jest ruda i kudłata zamiast czarna i pierzasta. Od razu rozdarło dziób (dosłownie i w przenośni) i zażądało karmienia. Raga początkowo, mimo strasznie głupiej miny, udawała, że niczego nie widzi i nie słyszy. Ale po dłuższej chwili, wobec bezczelnego zachowania intruza, od niechcenia odczołgała się z pięć metrów i zapadła w nibydrzemkę. Oro (takie w końcu dostał imię) jednak jak każdy cholerny niemowlak postanowił świat urządzić po swojemu i natychmiast polazł za nią na swoich patykowatych nogiszczach, zataczając się i trzepocząc kilkoma piórami, w które zaczynała być przystrojona jego bezwstydna nagość. Oczywiście nie przestawał wrzeszczeć w niebogłosy. Z niezwykłą inteligencją każdego tyrana, odnalazł bezbłędnie krokodylą paszczę i zaczął ją dziobać, domagając się jakiegoś tłustego robala. Byłem pewien, że za chwilę nastąpi błoga cisza. Tak jak to bywa z muchami latającymi w lecie nad głową naszej suki. Brzęczą, brzęczą, klap i cisza. Okazało się jednak, że geny owczarka równie mocne jak nerwy zawodowego pokerzysty. Raga polazła do budy. I to był jej błąd taktyczny. Oro popędził ku niej na złamanie karku (niestety nieskuteczne w zakresie karku), odcinając jedyną drogę ucieczki. Wówczas uznałem, że muszę wkroczyć – ostatecznie suka na starość ma prawo do samotności w budzie, na której zapisano jej imię. Złapałem potwora i odniosłem dwadzieścia metrów pod prawdopodobne gniazdo – niech zajmują się nim jego rodzice. Nie było to zbyt moralne, bo Oro generalnie był łysawo puchaty z niewielką ilością piór i wiedziałem, że nawet karmiony na dworze nie przetrwa najbliższej nocy poza swoim domem. Ale trudno przecież brać odpowiedzialność za wszystkie cudze dzieci.
Mały potwór z nadprzyrodzoną orientacją w nieznanym i bezkresnym terenie, mimo roślinności zasłaniającej mu wszelką perspektywę, już po chwili znowu wyganiał Ragę z jej azylu. Cały czas drąc dziób w skrzekliwy, potwornie irytujący sposób. Znowu go odniosłem, tam gdzie jego miejsce, wiedząc, że na zatracenie, jednak zajmowanie się szpaczymi pisklętami ma ograniczony sens – bardzo rzadko się usamodzielniają. A on z determinacją swoje – przyjmę każdą zastępczą mamę. I tak kilka razy. Wreszcie Raga zwiała w łąki, a Oro obrał sobie w swojej szalonej łepetynie mnie za cel. Więc ja zwiałem do domu i zająłem się kończeniem pakowania.

I tak przyjechałem do Warszawy ze szpaczym niemowlęciem, aby w Dniu Matki zostać matką. Później tylko nakopać glisty w ogródku, ugotować jajko, utrzeć skorupkę na proszek i zrobić smakowitą pastę z twarogiem i kiełżami, a z niej kuleczki. Nie za małe i nie za duże. Ogrzewanie, karmienie, pojenie – najlepiej co dwie godziny – jak z każdym niemowlęcym tyranem.

Dzień po dniu nowe problemy do rozwiązania, nowe wychowawcze wyzwania. Cel główny: przywrócić Oro szpaczej społeczności. Czy się powiedzie?

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *

*
*