Iluminacje wagarowicza

Mamy wiosenną, prawie letnią pogodę. Słońce, ponad dwadzieścia stopni Celsjusza, delikatny wiaterek z północnego wschodu. Wstałem rano gdy nad torfowiskami snuły się jeszcze nocne opary. Kawa na otwartej werandzie z silną grą światłocienia na łąkach. Sarni koziołek skubał zroszone zioła, czapla łowiła drobne rybki. W oddali muczały zniecierpliwione krowy czekające popasu, a psy wtulone w nagrzewającą się ścianę domu wchłaniały ożywcze promienie. Trzmiel buczał. Cytrynowy motylek trzepotał szukając kilku feromonowych molekuł w bezkresnym wszechświecie. Jak w bajce.
Postanowiłem pójść na wagary. W mojej sytuacji oznacza to właściwie nigdzie nie iść, a jeśli już gdzieś, to stanowczo nie konkretnie.
Przez kilka godzin niespiesznie rąbałem drewno na najbliższą zimę (ależ ten czas leci) ścięte przez bobry tej zimy co właśnie minęła.
Przerwa – jajecznica z cebulą i natką pietruszki popijana resztką zimnej kawy, jedzona na północnym ganku bo był już prawdziwy upał.
Kilka roślinek przesadzonych w doniczkach. Skrupulatne rozsiewanie słoneczników i łubinu oraz mniej skrupulatne wysianie maciejki. Powtarzam ten rytuał rokrocznie. Jak dotąd bezskutecznie bo przymrozki, zające, norniki czynią tu z niemal każdego dłubania w ziemi syzyfową pracę. Z nadzieją można sadzić nieliczne gatunki drzew i jeszcze bardziej nieliczne gatunki krzewów – oby w setkach albo w tysiącach. Obszedłem więc te miejsca gdzie kilka tygodni temu umieściłem nowe świerki, jesiony i osiki – łącznie prawie pięćset. Ze świerkami będzie dobrze ale co z resztą jeszcze nie wiadomo.
Kontrola bobrzej tamy.
Prysznic.
Młode ziemniaki (jakieś unijne) z maślanką zaprawioną oliwą, czosnkiem i natką pietruszki. Drzemka w hamaku (trzeba korzystać póki nie ma zbyt wielu owadów).
Później niezbyt poważne fotografowanie ptaków.

O zachodzie słońca „werandowanie”. Odległe poszczekiwanie lisa, narastające rechotanie żab, moszczenie się szpaków pod dachem. Ostatnie loty jaskółek i pierwsze loty nietoperzy. Chłodna aromatyczna wilgoć łąk. Zmierzch. Narastające odgłosy nocy trudne do zlokalizowania w zagęszczającym się kręgu mgieł. Wyobraźnia swobodnie wędrująca w zamierzchłe czasy, w gwiezdne światełka, w nieznaną przyszłość, w samotność dzikiego ptaka rozpaczliwie kwilącego na skraju lasu, w mroczne i zimne wnętrze lodówki… Lodówki? Skąd do cholery w tym egzystencjalnym zestawie nagle lodówka?! Po chwili już wiedziałem – gdy człowiek poprzez obcowanie z przyrodą otworzy się na naturę rzeczy, może dostąpić iluminacji, a ona może dotyczyć np. zawartości lodówki.

Kilka dni temu dostałem w prezencie wino. Juhfark – Reserved – 2004, z węgierskiego regionu Somloi. Białe wytrawne. Zalecenie wyraźne i kilkakrotnie powtórzone nakazywało wypić je w SAMOTNOŚCI. Nie chodziło o to abym winem się nie dzielił, a właśnie o to abym dzielił się nim, tyle że sam ze sobą.
Teraz pojąłem – to ta WŁAŚCIWA CHWILA.
Pierwsze pół kieliszka poszło mi natychmiast do głowy. Bardzo ostrożnie wsmakowując się w bursztynowy płyn zacząłem rozważać co pasowałoby jako przekąska. Nie jestem znawcą win ale dość dobrze komponuję smaki. Juhfark jest zdecydowanie wytrawne ale nisko kwasowe. Ma wyraźnie miodowy posmak (bez żadnej słodyczy). Gdzieś na dnie jest ledwie wyczuwalna ale charakterystyczna gorzkawa cierpkość kojarząca mi się z propolisem. Grzebiąc w kuchni i spiżarni zdecydowałem się na tosty posmarowane minimalną ilością figowego dżemu i przykryte cieniutkimi płatkami koziej goudy (myślę, że to właściwa kolejność warstw).
Po pół butelce wypitej wolno, z dużą przyjemnością, zrozumiałem, że Darczyńca się mylił. Juhfark wymaga towarzystwa tyle, że osoby niepijącej i pozostającej w dyskretnym cieniu sytuacji za to gotowej do odstawienia degustatora w połowie degustacji do łóżka…

2 Comments

  1. wujo
    Posted 14 lipca 2011 at 10:19 po południu | Permalink

    Jeden z niewielu sensownych blogów w necie – gratulacje

  2. zdzichu
    Posted 2 września 2011 at 10:07 po południu | Permalink

    jeden z niewielu fajnych blogów o niczym ( to akurat plus)- dobrze napisane i ciekawe- szkodda, że tak rzadko…

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *

*
*