Kogutów u nas nie ma

U nas kur nikt nie trzyma. Kogutów też. Po pierwsze jaja w sklepie tanie, po drugie zbóż nikt nie sieje więc dla drobiu trzeba by karmę kupować, a to drogo wychodzi więc rachunku nie ma. Ale najważniejsze jest to po trzecie: „Trzeba być jakimś bezrozumnym albo bynajmniej warsawiakiem żeby lisy, kuny i dzikie ptaszyska własnymi kurami karmić”.

Za łęgami, jakiś kilometr od naszego domu stoi kilka „letnich domków”. W jednym z nich praktycznie przez cały rok mieszka małżeństwo w zaawansowanym wieku emerytalnym –powiedzmy Państwo Wołomińscy. Ponieważ pochodzą z małej mazowieckiej miejscowości i lubią obcowanie z naturą, dość dobrze wtopili się w lokalny sposób życia. A to komuś jabłonkę zaszczepią, a to marynowanymi „własnymi” grzybkami się wymienią, a to na kiełbaskę i literka przy ognisku zaproszą. Niemniej nie są „miejscowe” tylko „warsawiacy”. I przez to myślą jakby grali w serialu – jak mi Pan Józef wytłumaczył. Takich można spytać np. „A co tam w Warsawie słychać?” albo „Zna somsiad Jurka Witkowskiego? On tys z Warsawy, to pewno somsiad go zna bo on lekaz jest. Córka ma u niego wizyte za dwa tygodnie i nie wiem co mu w prezencie posłać. Kiełbase swojskom lubi?”. Ale nie ma co z takiego brać gospodarskiego przykładu.
Wołomińscy – jak to warsawiacy – postanowili kupić sobie koguta. No bo jak to żyć na wsi i żeby kogut nie piał. No i kogut dla kur potrzebny przecież. Pan Józef im tłumaczył, że kury by się niosły i bez koguta i jaja lepsze by były gdyby nie to, że i tak ich nie będzie, bo zaraz kur nie będzie, no i koguta nie będzie „bo tu u nas nie ma ani kur ani kogutów, a jajka w sklepie albo na targowicy trza kupywać”. Starsi państwo cierpliwie wyjaśniali jednak, że drobiu tu nigdzie nie ma bo rolnicy teraz nie chcą mieć Gospodarstwa, tylko chcą być Producentami. A oni chcą mieć małe Gospodarstwo i kury dla własnych ekologicznych jajek. „A jak już mieć kury to jak te kury tak przez całe życie bez seksu trzymać – będą przecież nieszczęśliwe”. Pan Józef równie cierpliwie tłumaczył, że kury nie zdążą za seksem zatęsknić bo zaraz ich nie będzie, a zresztą „kogut – kurwi syn – jak tako kure wyobraca, to pióra lecom, ona sie drze, że przykro słyszeć i ledwo żywa potem i to żaden seks tylko gwałt i kryminał”.

Tak czy inaczej Wołomińscy latem nabyli i trzy kury, i koguta, i zdążyli kilka razy jajecznicę zrobić. A nawet raz zanieśli do Pana Józefa na spróbowanie, że niby „całkiem inna taka”. Ale zimna i całkiem zastygła już była – bo ponad kilometr drogi mają – więc pan Józef nie wie czy inna, czy nie inna bo w końcu „psi jom zjedli”.
Kokoszki łaziły po podwórku i dość bezskutecznie próbowały wygrzebać coś jadalnego z naszego leśnego żwiru, Pani Wołomińska sypała kurom pokarm dla papug żeby miały urozmaicenie, a oboje warsawiacy lubili przysiąść o zachodzie na krzesełku turystycznym i patrzeć na swoje Gospodarstwo. Tylko koguta musieli uwięzić w klatce, bo okazało się, że tego jego seksu małe stadko nie wytrzyma, chyba żeby dokupić jeszcze przynajmniej z dziesięć pierzastych dam.
I ta jurność kogutowi uratowała życie. Lis – „pewnie ten co w wytartej kapocie tu chodzi” – zostawił na podwórku dwa kurze trupy, a trzeciego ptaka porwał. Kogut został cały i zdrowy w swoim więzieniu.
Wołomińscy, jak to warsawiacy, zamiast z koguta rosół zrobić póki jeszcze było z kogo (tak im Pan Józef radził), teraz wypuszczali go z klatki i cieszyli się jak pięknie pieje. Tyle tylko, że jak szli na grzyby to go znowu zamykali żeby lis nie wykorzystał okazji jak poprzednio. Mieli plan na wiosnę nowe kury kupić, tylko lepiej ich pilnować. No i żeby więcej ich było. Pan Józef już tylko machnął ręką, splunął i nic nie powiedział.

Jeszcze na początku listopada ptasi samiec alfa beznadziejnie wydzierał się żeby oznajmiać światu kto rządzi Gospodarstwem. Gdy przyszły przymrozki zauważyłem, że „nasze” jastrzębie myszołowy o jednej i tej samej porze lubią przesiadywać na wysokiej olszy w łęgach – jakby na coś czekały. Na koguci hejnał wzbijały się w niebo i kwadransik – jakby od niechcenia -krążyły nad letniskowymi domkami. Rytuał trwał z dziesięć dni. Któregoś razu, wysiadając z samochodu pod domem automatycznie poszukałem wzrokiem tych pięknych ptaków ale ich nie było. Następnego dnia podobnie. I wtedy zdałem sobie sprawę, że też już nie słyszę koguta…
Ale to w końcu nic dziwnego. Kogutów u nas nie ma.

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *

*
*