Znowu koniec lata

Niestandardowe tegoroczne lato przeleciało mi niezauważenie.

Od puszczenia mrozu na wiosnę ziemia wciąż przesiąknięta wodą tak, że każda kropla deszczu musi spłynąć ku rzece lub wyparować. Mieliśmy wiele słonecznych dni ale też regularne deszcze przeszkadzające w zbiorach. Niższe łąki chlupoczą, rowy pełne. Do tygodnia wstecz powietrze gęste od wilgoci jak w jakiejś dżungli.
W sierpniu – corocznie rozgwieżdżone niebo pełne „spadających gwiazd” – było mętne jak nigdy przedtem. W połowie miesiąca bociany zwinęły się jak na komendę ku Afryce.
Zieleń bujna jak w Irlandii ale wiele drzew choruje z powodu zalanych korzeni lub rozmaitych grzybic.
Hałda opału zimą ściągniętego z łęgów zamiast wyschnąć przez lato stopniowo zamienia się w mokre próchno.
Dopiero ostatnie burze i wichury, łamiąc po drodze setki starych sosen, świerków, jesionów i klonów oczyściły powietrze.

Dziwi mnie niemal całkowity brak komarów, much i niewielka ilość ciem. Właściwie było ich trochę tylko na przełomie czerwca i lipca. Dzięki temu nasi najmłodsi goście mogli cieszyć wylegiwaniem na dworzu pod opieką Ragi zamiast gnieździć sie pod siatkami moskitier.

Zupełnie nie pamiętam też chrabąszczy majowych. W ostatnich dniach zaczęło się „babie lato” – niezwykły spektakl milionów tłustych krzyżaków wędrujących z wiatrem na pajęczynowych latawcach i rozpinających swoje hi-tech pułapki między źdźbłami wysokich traw i gałęziami młodniaków, gdzie czyhają na nieostrożne owady. Ich siatki pokryte z rana brylancikami rosy jawią się najsubtelniejszą możliwą biżuterią, a nie zabójczym narzędziem podstępnej owadziej zbrodni. Wydaje mi się, że tych milionów pająków jest jednak mniej niż zazwyczaj.
Może ten owadzi nieurodzaj to zasługa ptaków, których mieliśmy wyjątkowo dużo tego roku. Najpierw szpaki i pliszki, a później wiele jaskółek zdecydowało się nawet na drugi miot. Najmłodsze młode właśnie doskonalą swoje umiejętności lotnicze, a starsze gromadzą się na drutach energetycznych.

Kolejna noc z rzędu poniżej pięciu stopni Celsjusza. Wczoraj po raz pierwszy od wiosny rozpaliłem w piecu żeby ogrzać dom. Niepokoję się o zapas suchego drewna.

Wieczorem rozpoczęło się rykowisko ale jakoś mniej efektownie niż rok temu. Bez żadnego wrażenia grozy. Ot, takie jelenie wypociny. Może dalej któryś napnie się bardziej i zasłuży na miejsce w historii. A jeleń ma na to dwa rodzaje szans: być mistrzem rykowiska, a w konsekwencji skutecznie się bzyknąć lub oddać poroże do przyozdobienia ściany w domu z tradycjami, gdzie przez pokolenia będą opowiadać jakim okazał się jeleniem…

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *

*
*