“Może być gorzej” – czyli zdecydowanie lepiej

Joanna wczoraj przesłała mi wiadomość z odwołaniem do kawałka serwisu gazety.pl i tytułem „może być gorzej”. Już chciałem skasować maila sądząc, że na końcu „linku” przytłoczy mnie coś katastroficznego, depresjogennego, a co najmniej nonsensownego w stylu apelu o zaprzestanie w Azjii hodowli małych kotków w butelkach po sake albo coś w rodzaju wezwania o podpisanie dodatkowej listy poparcia dla Prezesa Kaczyńskiego. Ponieważ jednak nadawca w moich oczach jest osobą wiarygodną i tylko trochę szaloną, kliknąłem od niechcenia w odnośnik. Gdy przeczytałem, zaraz w pierwszym odruchu zareagowałem paniką, że rzeczywiście „może być gorzej”. Rzecz bowiem dotyczyła tematu ważnego dla mnie od lat i dotykającego wielu moich emocji.
Chodzi o rozczarowanie. Ale nie byle jakie. Rozczarowanie wieloaspektowe, głębokie i wstydliwe zarazem. Rozczarowanie możliwością dobrego współżycia z naturą. Rozczarowanie Państwem, które nie chroni nas przed dzikimi zwierzakami-szkodnikami przebranymi za łagodne i pożyteczne stworzonka. Rozczarowanie samym sobą. Bezradność i upokorzenie związane z tak drastyczną zmianą poglądów na możliwość pokojowego współistnienia z innym, genetycznie pokrewnym bytem (aż strach pomyśleć co by było w sytuacji kontaktu z obcą cywilizacją).

O co chodzi? Już tłumaczę.
Kilkanaście lat temu, gdy wybieraliśmy teren, na którym dziś stoją Stare Brzozy byłem szczególnie dumny z dziewiczości tego miejsca. Dziewiczości będącej tak naprawdę efektem powojennych zbrodni i wysiedleń na terenie Mazur, kilku dekad zaniedbania rolniczego i bezludnego sąsiedztwa z dawnymi poligonami rakietowymi.
Pamiętam jak pierwszej jesieni wraz z Zarządcą „PGR w likwidacji” obchodziliśmy granice i w wielu miejscach nawet wysokie gumiaki były zbyt krótkie aby dotrzeć sucha stopą do znaczników geodezyjnych – kopców i kamieni. Pan Z. ze znajomością rzeczy objaśnił mi, że to wszystko przez te pieprzone zwierzaki, których on osobiście nienawidzi bardziej nawet niż Balcerowicza. Ponieważ Balcerowicz wydawał mi się zbawieniem dla Polski, to automatycznie zakładałem, że zarządca ma równie nieadekwatną ocenę tych pieprzonych zwierzaków tzn. tajemniczych i pięknych zwierząt. Sądziłem wówczas, że to bardzo pożyteczne i rzadkie stworzenia – przecież one same i wszelkie ich budowle są pod ścisłą ochroną, a w dodatku zawsze były hołubione przez naszych królów. Gdy wróciłem do Warszawy wszystkim w koło opowiadałem z dumną i podekscytowaniem, że na naszej ziemi „mamy nawet własne bobry”.

W następnym roku dostałem ostre w tonie pismo z powiatu, że zostanę ukarany grzywną jeśli nie udrożnię swojego granicznego rowu melioracyjnego, który w rzeczywistości jest wielokilometrową strugą wypływającą z jakiegoś jeziora i w wyniku zatkania się na wysokości naszej granicy woda zalewa setki hektarów łąk w górnym biegu strugi. Natychmiast zająłem się sprawą. Wizja lokalna pokazała, że nie tylko wielkie połacie cudzych łąk są pod wodą ale nasze także. Przyczyną są bobrowe budowle prawem chronione. Jako typowemu miejskiemu matołkowi wydało mi się to cudowne! Mają po czym brodzić żurawie i czaple, mają którędy spławiać drzewo bobry, a może nawet chroniony żółw błotny sobie tam popływa. I wydra też niejedna! Odpisałem więc Powiatowi jak jest i ostrzegłem, że jeśli Powiat naruszy tamę kochanych przecież przez nas wszystkich bobrów, to Powiat nie wyjdzie z sądu, a może i z więzienia, bo będę go skarżyć do końca istnienia wolnego państwa polskiego lub mojej śmierci i – jeśli o mnie chodzi – to niech bobry zalewają co potrzebują, bo to ekosystem przecież i odnowa wód gruntowych. Powiat zamilkł w tej sprawie na zawsze ale ktoś niezidentyfikowany – ku mojemu oburzeniu takim barbarzyństwem – tamę rozwalił, a żeremia spalił.
Ponieważ chcieliśmy jakoś zadbać o tę kupioną ziemię, której skali miejskimi mózgami nie ogarnialiśmy oddaliśmy ją w dzierżawę. Kolejni dzierżawcy przez lata twierdzili, że nic tam nie da się zrobić, bo te pieprzone bobry… „A wogle za pare lat to już lasu nie będziecie mieli, całego jego te diabli wezmom”…. Na Mazurach nie ma „głodu ziemi”, a i tak nie chcieliśmy żyć z rolnictwa więc było nam właściwie wszystko jedno. Tylko ta mroczna przepowiednia na temat lasu zakiełkowała w moim sercu i zaczęła rozrastać się protestem i lękiem. Las bowiem piękny i dziki, wielka w nim różnorodność roślin i zwierząt, a drzewa rosną w nim z mozołem od II Wojny.
Jednocześnie przez lata zastanawialiśmy się, w którym miejscu kiedyś posadowimy nasz dom. Dla mnie było oczywiste, że tu gdzie stoi on dziś. Ale Joanna uporczywie protestowała – „nie chcę mieszkać na bagnach”. To słowo „bagno” długo odczuwałem jako osobisty afront. Przecież to naturalne łąki zalewowe o niepowtarzalnym pięknie, a nie „bagno”. Z początku wydawało mi się, że 1-2 hektary suchego wzniesienia otoczonego bobrzymi rozlewiskami to dość do życia dla ludzi. Można przecież współegzystować pokojowo. Myślałem tak nawet wtedy, gdy niemal utopiłem swój terenowy samochód na rozmiękłej grobli.

Z roku na rok coraz bardziej niepokoił mnie jednak los wielkich brzóz – gnijących i padających pokotem całymi tuzinami każdej wiosny i jesieni. A czasem i latem. Bobry lubią bowiem kwietniową korę buzującą od soków, a jesienią gromadzą w żeremiach gałązki jako zapas zimowy. Jak wiadomo te podobno pożyteczne istoty zazwyczaj nie łażą po drzewach. Żeby dostać się do gałązek albo obrać drzewo z kory po prostu je fachowo podgryzają, a wiatr kończy dzieło. Jeśli brzoza rosła krócej niż 40 lat po prostu ścinają ją jak siekierą nie czekając na obce siły przyrody. W dodatku wiele drzew bobry mordują masowo topiąc ich korzenie. Niestety z bobrzego terenu nie da się nawet usunąć tego co pozostało po kulinarnych wyczynach tych niedoszłych chasydzkich czapek – nie wjedziesz ani traktorem ani wozem nawet (chyba, że zaprzęgniesz łosie).

100513_bobrowisko_001_small

W Internecie można przeczytać interesujące androny jak „współżyć z bobrami dla dobra środowiska”. Pomysły z pakowaniem drzew w metalowe siatki lub płaty blachy falistej, smarowanie kory specjalnymi maściami, montowanie wielometrowych rur drenażowych w tamach aby kontrolować poziom zalewów itp.
Zacząłem od drenaży. Spore koszta i wiele pracy. Te miłe i pożyteczne podobno zwierzęta neutralizowały takie systemy obniżania poziomu zalewów w ciągu kilku godzin szczelnie oblepiając drenaże błotem. Rura która jest moją budowlą (w przeciwieństwie do tamy będącej budowlą chronioną) dziesiątki razy była mozolnie oczyszczana. Za każdym razem w nocy bobry znajdowały czas i energię aby ją szczelnie przykryć, a później obudować patyczkami i wykorzystać jako stabilny element swojej własnej budowli. Ja czyszczę, a one budują coraz okazalej. I tak w kółko miesiącami. Brzozy padają. Świerki też. Nawet i olchy.
W drugiej kolejności była faza obsadzania drzew trującym bluszczem i eksperymentalnego smarowania maściami na bazie skoncentrowanego chili i innych okropności. Informuję tu, że mazurskie bobry lubią sałatkę z bluszczu okraszoną dowolnie ostrą papryką.
Siatek i blachy nie stosowałem ale widziałem to nad górną Narwią, gdzie bobry wycinają wszystko po horyzont łącznie ze stuletnimi dębami rosnącymi na wysokich skarpach na rynkach miasteczek. Zazwyczaj rada miejska decyduje się tak chronić miejscowe pomniki przyrody. Tam też zacząłem podejrzewać, że te pieprzone zwierzaki potrafią posługiwać się drabinami – widziałem bowiem korę poobgryzaną na wysokości mojej twarzy tuż nad blaszanym opakowaniem starożytnego jesionu.
Wyobraźcie sobie las tysięcy gnijących od korzeni drzew opakowanych w rdzewiejącą blachę…

Któregoś dnia wreszcie – niemal ze łzami w oczach (łzami bezradności i upokorzenia) – poprosiłem sąsiada-dzierżawcę aby w swoim własnym imieniu wystąpił do leśniczego, Powiatu, Województwa i wszędzie gdzie się da o ochronę naszego lasu przed tymi pieprzonymi szkodnikami (wciąż mam w pamięci moje groźne pismo do Powiatu w ochronie bobrów). Leśniczy ze stoickim spokojem orzekł, że „jak już cały las wytną to się przeniosą bo samymi łąkami nie wyżyją”. Powiat oświadczył, że nie może ich nigdzie skutecznie przenieść, ponieważ cała okolica w promieniu dziesiątek kilometrów jest „nasycona bobrami bo tu jest jedno z kilku głównych miejsc dawnej reintrodukcji tego gatunku do Polski” . Województwo tak wyceniło szkody, że sąsiad-dzierżawca uznał, że następnym razem nie opłaca mu się jechać do miasta – na ropę nie starczy. Pomysł aby Wydział Środowiska zamiast płacić grosze odszkodowawczo sadził na prywatnym terenie las w miejsce utraconego okazał się niewykonalny.

Ostatecznie dzięki odtworzeniu pruskiej melioracji terenu i „objechaniu” bobrowych łęgów fosą mieszkamy na pięknych łąkach, a nie w bobrowych zalewach. Walka o stare drzewa jest jednak przegrana i nie zmieni tego sadzenie co roku tysiącami młodych brzóz, olch i świerków. Przecież nie mamy już szans zobaczyć je za naszego życia w całej okazałości.

100513_bobrowisko_006_small

No dobrze, ale o co chodzi z tym mailem o temacie „może być gorzej”? Gazeta doniosła, że w Kanadzie właśnie przez przypadek odkryto największą znaną na świecie bobrzą tamę. Ktoś analizując zmiany klimatyczne zobaczył ją na zdjęciu satelitarnym. Tama ma 850 m długości a jej szerokość czyli grubość, w niektórych miejscach przekracza 100 m. Inżynieryjnie jest porównywalna z największymi budowlami elektrowni wodnych. Zalane są prawdopodobnie tysiące hektarów. Z pewnością była budowana przez dziesiątki pokoleń tych miłych zwierzątek.
Moim zdaniem temat maila Joanny powinien brzmieć: „może być zdecydowanie lepiej”.
Kanadyjczycy odkryli tamę „przez przypadek”! I to jest moim zdaniem właściwa lokalizacja do „współistnienia z bobrami dla dobra środowiska” – miejsce gdzie w nowoczesnym kraju o rozwiniętej gospodarce nie zauważa się latami czegoś o skali sporego fragmentu Muru Chińskiego. Właśnie niech TAM sobie mieszkają.

22 maja 2010 fala powodziowa przerwała kolejne wały w Świniarach na Mazowszu. Podobno w dużym stopniu odpowiedzialne są nasze miłe bobry, które drążą w wałach niewidoczne sieci tuneli. Oczywiście bobry twierdzą, że ludzie są głupi (zarówno samorządowcy jak i inwestorzy) budując na terenach zalewowych i utrzymując nadmierną w związku z tym sieć wałów zamiast zostawić bobrom poldery, a wały budować w dużej odległości od rzek (i bobrów).
Moim zdaniem zwierzaki mają rację ale jeśli już głupi ludzie zainwestowali miliardy w osiedlanie się blisko cieków wodnych, to na terenach gęsto zaludnionych ochrona bobrów i ich “budowli” powinna zostać zawieszona lub zlikwidowana. Jednocześnie pewnie warto stanowczo powstrzymać dalsze osiedlanie się na obszarach naturalnie zalewowych, a najlepiej z krytycznych lokalizacji (jak zabudowany przez kretynów polder pod Wrocławiem) przesiedlić ludność na stałe.

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *

*
*