Pogoda jest. Ale czy dobra?

Wszyscy lubimy jak jest dobra pogoda. No, prawie wszyscy. To znaczy pewnie wszyscy lubimy dobrą pogodę tylko, że nie dla wszystkich dobra pogoda jest DOBRA.

090528_chmury_small

Gdy byłem dzieckiem, często późną wiosną i wczesnym latem wyjeżdżaliśmy w niedzielę rano „na zieloną trawkę” (w tamtych zamierzchłych czasach w soboty się pracowało do 13.00, więc na wywczas zostawała tylko niedziela). Najczęściej nad rzekę Wkrę do Pomiechówka. Koło młyna wodnego była „łączka”. Opalanie się, taplanie w rzece, łowienie ryb. Relaks. W soboty z napięciem oglądaliśmy na jedynym kanale TV „pogodynkę” żeby wiedzieć czy następnego dnia będzie DOBRA POGODA. Oczywiście o internetowych serwisach meteo nikt nie słyszał bo nikt wówczas nie wyobrażał sobie Internetu. No, może tylko CIA. Nie wiem jak to możliwe ale zawsze gdy wyjeżdżaliśmy na majówki i czerwcówki pogoda była dobra. Nie pamiętam ani jednego przypadku, w którym nagły deszcz zmusił nas do odwrotu. Co najwyżej wychodziliśmy z domu mimo chmur ale później „się przecierało”. W każdym razie samo pojęcie i klarowne zrozumienie kiedy jest DOBRA POGODA towarzyszyło mi niezachwianie od dzieciństwa aż do kilku lat wstecz. Jakiś czas temu – nieoczekiwanie zacząłem gubić się w temacie.

Zaszedłem do sąsiada – rolnika – ot, tak zapoznać się, pogadać wymienić kilka myśli. Był chyba czerwiec. Jakieś dziesięć lat temu. Zastałem go w obejściu. Patrzał w błękitne niebo. Ucieszyłem się, że temat zagajenia sam się nasuwa. „Dobrą pogodę, dzisiaj mamy” – zauważyłem rezolutnie. Sąsiad ani drgnął tylko wciąż gapił się na bezchmurne niebo. Odchrząknąłem i z zadowoloną miną dodałem – “dawno chyba nie było tak pięknego, upalnego czerwca?”. Jak na zwolnionym filmie Pan Józef przeniósł wzrok z nieba na mnie, a jego twarz wyrażała mieszaninę lekkiego politowania i zatroskania. „Pogoda jest. Ale czy dobra?” – odparł filozoficznie. „No, słońce i gorąco przecież. Poopalać się można … albo co” – zmitygowałem się w ostatniej chwili nie potrafiąc sobie jakoś wyobrazić Pana Józka w „gumniakach” i przepoconym przymałym kapelusiku na czubku głowy, siedzącego na leżaku ze zroszoną szklanką, parasoleczką i koktajlem Malibu w kwadratowej dłoni. Sąsiad podciągnął spodnie. „Od tego upału meszki krowom oddychać nie dają, do nosa kurwi włażą i gryzą. To krowy nie źrą i mleka mniej. Mleka mniej to i gotowizny mniej.” Przekręcił kapelusik o 90 stopni żeby się podsuszył na skroniach, siąknął nosem i splunął. „I jeszcze zboże marnieje jakby tych kurwich synów było mało. Susza. Susza panie Januszu czy to jest dobra pogoda? A Pan też niech na słońcu nie siedzi, bo od takiego gorąca to krew się rzucić może. A do lekarza daleko. Chwila i po człowieku.”
Jakiś miesiąc później, tym razem w kolejny deszczowy dzień postanowiłem podjechać do sąsiada żeby pogadać. Stoi na ganku i patrzy na chmury. Przemknąłem się w ulewie do niego pod daszek ale chłop wzroku z nieba nie spuszcza jakby coś mógł wypatrzeć w jednolitej pokrywie ołowianego nieba. „Solidnie leje już któryś dzień. Dobra pogoda” – zagaiłem temat pamiętając poprzednią lekcję o suszy i jej wpływie na powodzenie w życiu. „Pogoda jest. Ale czy dobra?” – odparł sentencjonalnie. Jak sumienny uczeń-lizuszek pochwaliłem się natychmiast swoją wiedzą – „Meszek nie ma, no i zboże dobrze rośnie, Panie Józefie.” Sąsiad spojrzał na mnie jak na dziecko specjalnej troski. „A huk z meszkami, kurwimi synami! Krowy na pastwisko chodzić nie chcą bo im za mokro się sprzykrzyło. Nie źrą to i mleka mniej. A jak mleka mniej to i gotowizny mniej.” Podjął bezskuteczną próbę naciągnięcia przymałego kapelusika na uszy, siąknął nosem i splunął ponuro. Jakoś nigdy przedtem nie przyszło mi do głowy, że spluwaniem można wyrażać subtelne emocje. Ale właściwie: „splunął z fantazją przez szparę między zębami”, „długą stróżką splunął ze znudzeniem”, „obraźliwie splunął mu prosto pod nogi”, „z humorem splunął kotu pod ogon”, „z pogardą splunął mu w twarz” itd. Pan Józef kontynuował – „Zboże tera nie ma rosnąć. Zbierać trza. Ale jak takie mokre? To już nic z niego nie będzie. Zakalcowata mąka tylko. Jeśli sie wogle da zebrać. Jak tak dalej będzie, to na polu porośnie i tyle. Taki potop z nieba Panie Januszu czy to jest dobra pogoda?”.
Innym razem zaszedłem korzystając, że temperatura umiarkowana, nie padało, słońca w miarę… Tym razem Pan Józef – w „maciejówce” zamiast kapelusika – sam nawiązał – „ dwa dni orałem…”, siąknął, splunął i głos zawiesił, czekając na moją reakcję. „No to się sąsiad napracował” zauważyłem. „A huk tam napracował! Człowiek do pracy jest, a nie do jakiego wylegiwania na leżaku” – i tu zerknął na mnie, czy zrozumiałem przytyk. „No ale pogoda niezła … chyba?” – odparłem już niepewnie. „Pogoda jest. Ale czy dobra? Wiater piździ jakby go baba goniła. Z pola wszystko co dobre wydmuchuje. I to gdzie! Do lasu wydmuchuje! Żeby chociaż na sąsiedzkie, to może kiedy by się odwróciło. A tak jak w sosny wydmucha, to stracone. Twuuu, kurwi syn!”
I tak już od dziesięciu lat cykliczne rozmowy o pogodzie z Panem Józefem edukują mnie krok po kroku. Wysiew trawy, sianokosy, grzyby, ryby, naprawa dachu, ściąganie drzewa z łęgów, jabłonka za domem … .

krowy_small

Ostatnio przeżyłem chwilę niekłamanej dumy. Sąsiad zaszedł o zmierzchu po naprawie elektrycznego pastucha. Kapelusik przekręcił – widać od walenia młotem w słupki ogrodzenia spocone miał czoło i kark. Siąknął, splunął. Tym razem ja patrzałem w niebo. Księżyc w pełni, niebo zaczynało być cudownie rozgwieżdżone. Z rzadka wędrujące cienie malowniczych bałwanków chmur. Tajemniczo podświetlone sprawiały wrażenie gór na horyzoncie. Powoli, baaarrrdzo powoli przeniosłem wzrok na łąki. Właśnie zaczynał się wznosić z torfowisk czarodziejski krąg mgieł. Bajkowa sceneria. Chciałoby się wyszeptać – „jaki przepiękny wieczór …”. Zdawało się, że pan Józef, oparty o szpadel ulega urokowi chwili. Siąknąłem, splunąłem i ignorując nieziemską scenografię podsumowałem – „Psy trza spuścić na noc. Dziki, kurwi syny buchtować łąki będą. A i w kukurydze wejść mogą.” Pan Józef jakby ocknął się, spojrzał z ukosa i dostrzegłem w jego twarzy coś na kształt niedowierzania, a następnie cień szacunku. Zamyślił się, coś przeżuwał przez kilkanaście sekund. „Jak Bóg dopuści żeby buchtowały – kurwi syny – to i psi nie pomogą. Ale niech sąsiad spuści. Zwłaszcza tego rudego z rogalem na dupie.”

Post a Comment

Your email is never published nor shared. Required fields are marked *

*
*